Koneczny: Państwo a Dekalog

Koneczny: Państwo a Dekalog
ePub czas dodania: 2013:12:06 18:12 komentarzy 0
Nie brak związków pomiędzy dekalogiem a polityką, że w życiu publicznym dziesięcioro przykazań Boskich da się stosować i twierdząco i przecząco; że przystosowanie życia publicznego do dekalogu jest możliwe i że byłoby właśnie nader korzystnym

Treścią niniejszego dziełka jest teza, że prawo ma słuszność natenczas tylko, gdy wywodzi się z etyki, a zatem same zasady państwa muszą być zgodne z zasadami etyki. W cywilizacji łacińskiej nie ma dwoistości w etyce, te same zasady obowiązują w prawie prywatnym i publicznym, w życiu domowym i na wielkim boisku państwa. Lecz osoby związane bliżej z ustrojem państwowym, wyrażają się zwykle o moralności w polityce bardzo sceptycznie. Oświadczają, że w zasadzie zgadzają się na samą tezę, więc tym bardziej żałują, że to są mrzonki niewykonalne. Ich zdaniem polityka nie da się żadną miarą pogodzić z moralnością

  

Przypuszczam, że tym razem upór godzien jest w sam raz tej sprawy. Nie odstępuję od swego twierdzenia.

 

Narażony przeto jestem na wyzwanie, żebym konkretnie wykazał, jak pojmuję stosowanie moralności w sprawach państwowych, żeby nie poprzestać na wywodach, lecz wskazać przykłady praktyczne. Nie cofam się przed tą próbą. Przypuszczam, że zrobię dobry początek, zabierając się do sprawy całkiem po prostu i przyjmując miernik znany każdemu dziecku: Dziesięcioro Bożych przykazań. Zaczynam od fundamentu. Przyjdą zapewne inni i gmach wykończą.

 

A styl jego będzie i być musi religijnie katolicki i cywilizacyjnie łaciński.

 

Zadamyż sobie jeszcze jedno pytanie wstępne, czemu moralność w ostatnich czasach tak wielce upadła i czemu propaganda etyki staje się niemal beznadziejna? Zawodzą kler, szkoła i dom rodzinny. Niemoralność rozszerzyła się tak dalece, iż gdyby chcieć umoralniać jednostkę po jednostce, aż z tych jednostek całość się złoży, trzeba by na to setek lat. Ilość osób pozyskiwanych tym sposobem jest stale zbyt mała. Słowem: szerzenie etyki indywidualnej okazałoby się niewystarczającym i utknęło.

 

Przyczyna w tym, że natrafiło się na mur niemoralności w życiu publicznym. Stosunki prywatne a publiczne pozostają bowiem w nieustającej styczności, oddziaływują na siebie i stają się wzajemnie od siebie zawisłymi. Stan moralny (lub niemoralny), dążności w narodzie i społeczeństwie i w państwie wpływają, i to szybko, na moralność życia prywatnego. Zrozumieć więc łatwo, czemu moralność upada za naszych czasów. Postęp zaś jej możliwym jest obecnie tylko przez moralne odrodzenie życia publicznego. Inaczej mógłby przepaść cały nasz dorobek cywilizacyjny.

  

Np. jeżeli państwu wolno wszystko, a zatem wolno mu nie dotrzymywać zobowiązań. Zrobiono też tak niejeden raz. Dobra szkoła dla ludności! Jeżeli osoby z takimi zasadami będą rządzić przez dłuższy czas, wszelkie umowy staną się „świstkami papieru”, aż w końcu niemożliwymi staną się w ogóle stosunki między ludźmi. Musiałby nastąpić zastój całego życia społecznego, a zatem rozluźnienie, a w końcu rozkład społeczny. Naród zamienił by się w dziką hordę, gdyby uwierzył w wszechmoc pańtwa.

 

Jeżeli zaś państwo nie uznaje moralności w stosunku do obywateli, jakimże cudem mają się brać u ludności przymioty moralne względem państwa? Doszło do tego, iż usłyszeliśmy z wysokiego miejsca oświadczenie, że polityka jest właściwie fałszywą grą. Skoro osoby zajmujące się polityką mogą być fałszywymi graczami, jakżeż tedy obywatel nie politykujący ma prowadzić uczciwą grę ze swymi politykami?

 

Przeciwko „fałszywej grze” występowano z naszej strony już z początkiem XIX wieku. Zabrał głos mąż jak najkompeteniejszy, dyplomata zawodowy, Adam Czartoryski. W roku 1823 napisał „Essai sur le diplomatie”. Ponieważ atoli ta książka mogła była dotknąć nazbyt ówczesnych suwerenów, nie mogła być ogłoszona drukiem, aż w r. 1830. Przewidywał koniec panowania austriackiego we Włoszech; radził Anglii, żeby zlikwidować „Kompanię wschodnio-indyjską” i żeby sam rząd sprawował bezpośrednio władzę w Indiach; zapowiadał wreszcie, że nie będzie w Europie ni spoczynku ni bezpieczeństwa, póki się nie naprawi bezprawia rozbiorów Polski. W roku 1864 wyszło wydanie drugie.

 

 Czartoryski uznaje wielkie postępy nauk „moralnych i politycznych”, zaprowadzenie równości wobec prawa, wolność osobistą, zniesienie tortur, jawność rozpraw sądowych i szereg udoskonaleń w przewodzie karnym; lecz wszystko to tyczy spraw wewnętrznych, więc tym bardziej biada nad zacofaniem moralnym, w jakim ciągle pogrążone jest zawiadywanie sprawami zewnętrznymi. Woła, że płonne są dzieła dyplomacji, jeżeli mieści się w nich pogwałcenie prawa słabych, jeżeli opierają się na poszanowaniu praw narodów i nie poddają się prawu moralności. Gorszy się, że wielka polityka nie ma żadnych zasad, a pomiata wskazówkami religii, sprawiedliwości i moralności. Państwa uważają to za dowód suwerenności, że mogą być niesprawiedliwe i szkodzić sobie wzajemnie bez żadnej kontroli. „Polityka ustalająca stosunki międzynarodowe była na ogół zaciętą nieprzyjaciółką rodzaju ludzkiego i główną przyczyną jego nieszczęść”. Ale przemoc, choćby długotrwała, nie ma mocy prawa i nie może go usunąć. Litera traktatów podyktowanych przemocą nie stanowi powagi dla sumienia ludzkiego, gdy się w nim ozwie prawo moralności. Pisze wyraźnie, że do dyplomacji należy wprowadzić sprawiedliwość i moralność, żeby polityka była ludzka i dobrocznynna. Czemuż by chrześcijaństwo nie miałoby dotrzeć w sferę stosunków międzynarodowych, w sprawy zewnętrzne państw, skoro wkraczać poczęło w ich sprawy wewnętrzne. Mówi się, że byłoby to zbyt dobre i zbyt piękne, żeby miało być możliwym. Owszem, to jest możliwe. Najwyższa to z idei geniusza ludzkiego. Sam Bóg objawił ją przez Chrystusa.

 

Najwyższy to cel religijny i polityczny, jaki tylko może być dostępny ludziom na ziemi. Jeżeli nie można go osiągnąć, nie trzeba przynajmniej nigdy tracić go z oczu, nie zaprzestawać nigdy wznosić się ku jego spełnieniu. Tyle Czartoryski.

  

Oświadczył więc publicznie wobec dyplomatów i polityków całej Europy (a był im wszystkim dobrze znany), że z metodami ich nie solidaryzuje się, a proponuje nawrót do…religii. Czytając go dzisiaj, słyszy się mimo woli słowa stare, sprzed dwu tysięcy lat, a wiecznie młode, że trzeba słuchać praw Bożych bardziej, niż ludzkich. Wielce czcigodny mąż stał przy Ewangelii i wołał, że życie publiczne nie powinno się oddalać od niej.

 

Snujemy dalej wątek jego myśli. Wiemy, że rządzący stoją nader często pod względem umysłowym niżej od przeciętności; nie pozwalajmyż im przynajmniej na niższość moralną.

 

Szydercy pochodzący z innych cywilizacji wmówili w ogół, jakoby religijność była dobrą dla dzieci, że tedy wyrażenia katechizmowe nie nadają się do poważnej dyskusji. Wmówiono w ogół, że im wyższy szczebel oświaty, tym bardziej wypada zapominać o katechizmie. Zorięntujmyż się nareszcie, że ci szydercy, to w naszej cywilizacji łacińskiej ciała obce, przyprawiające nasze życie publiczne o ciężkie niemoce.

 

Nie wahajmy się użyć w momentach stanowczych wyrażenia o miłości Boga. Tacy, którym wydawałoby się to „nie na miejscu” w dyskusji o sprawy wielkich zrzeszeń, niechajże wiedzą, że metodę tę uznawali już w starożytności Pitagorejczycy i Platon. Mistrz zaś katolickiej syntezy św. Tomasz z Akwinu, poucza, jako „wielkie stworzenie, pragnąc się doskonalić, zmierza do podobieństwa z doskonałością i dobrocią Bożą”. Czemuż tedy ma się od tego wykluczać „stworzenie politykujące”. Wyznawajmy światło, że chcemy iść tą właśnie drogą!

 

Mając zamiar powoływać się na Dekalog, wkraczam niejako w dziedzinę religii, naruszam nieco granice inter sacra et prophana; trzeba od razu postawić jasno kwestię: jak, ile, i jaką metodą?

 

Nie może ulegać wątpliwości, że katolicy mają obowiązek zajmować się sprawami publicznymi i że obowiązek ten da się nawet oprzeć na wywodach teologicznych. Robiono to już od wieków, powtarzano i przypominano w każdym niemal pokoleniu; niedawno zrobił to również nasz ksiądz Prymas Hlond. Katolicy muszą odrzucić zapatrywanie bizantyńskie, jakoby wszelką politykę należało uznać za monopol tych, którzy dzierżą władzę, nie pytając w jaki sposób ją osiągneli.

 

Powiedziano: „Gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam jestem pośrodku nich”. Czy pod tym warunkiem, że będą się gromadzić tylko dla spraw prywatnych? Czy może idea Chrystusa, gdy chodzi o sprawy publiczne, przebywa tylko pomiędzy policjantami i biurokratami? Teologicznie rzeczy biorąc, nie można przystać na taki monopol.

 

Na pytanie o wciągnięcie religii do polityki odpowiadam tedy jasno, że należy roztrząsać sprawy publiczne ze stanowiska etyki katolickiej. Stawiam wymagania jak najskromniejsze. Upraszam o niewiele, bo tylko o przestrzeganie dziesięciorga przykazań.

 

Mógłbym również dobrze powiedzieć, że nie wciągając religii, nie odwołując się do niej w niczym, chcę rozstrząsać sprawy ze stanowiska etyki cywilizaji łacińskiej. Albowiem cywilizacja łacińska nie wytworzyła nowej etyki, lecz katolicką przyjęła za swoją. Tak tedy oba punkty obserwacyjne: cywilizacyjny i religijny są w tym wypadku identyczne i stapiają się w jeden. Cywilizacja łacińska nie jest bezetyczna, nie jest amoralna, więc też i państwo w cywilizacji łacińskiej winno przestrzegać etyki.

 

Z tym zastrzeżeniem i wyjaśnieniem rozpocznijmy polityczny przegląd dekalogu. Tak jest polityczny! Polityka stanowi również dział cywilizacji i to jakżeż znamienny, nie tylko dla rodzaju, lecz dla szczebla w danej cywilizacji. Skoro do cywilizacji należy wszystko, co pozostaje w związku z ustrojem życia zbiorowego, a zatem cywilizacyjny – że tak się wyrażę – przegląd tego życia musi dokonać także przeglądu politycznego.

 

W myśl takich poglądów rozważajmy kolejno przykazania Dekalogu.

  

I ogólne: Miłuj Pana Boga twego z całego serca twego i ze wszystkich sił i całej duszy twojej.

 

Ilustrowany podręcznik szkolny „historii biblijnej” zawiera obrazek z Mojżeszem przynoszącym z Synaju dwie tablice przykazań. Chłopca uderza nierówność podziału: na jednej tablicy tylko I-III, na drugiej aż  IV-X! W tym się kryje jakaś zagadka! Przydałoby się ją rozwiązywać od razu w szkole i pouczyć jako dwa ogólne przykazania na końcu są ogólnymi przykazaniami miłości i nie należy ich stawiać na jednej linii z dziesięciorga szczegółowymi. One są ponad nimi! Jedno z nich tyczy miłości Boga, drugie miłości bliźnich; tamto jest ujęte w trzech pierwszych przykazaniach, to zaś w siedmiu dalszych. Pierwsze ogólne przykazanie jest jakby podsumowaniem przykazań trzech, drugie siedmiu. Stąd nierówność zapisania tablic, z których jedna poświęcona jest wyłącznie stosunkowi człowieka do Boga, druga stosunkowi do bliźnich; każda ma swój dział.

  

Przykazanie miłości pełni się uczynkami. Czyny nasze, czy wielkie czy drobne, mają w życiu publicznym wynikać z miłości dobra pospolitego, a które należy miłować dla miłości Boga. Mając się przejąć miłością ku Bogu ze wszystkich sił, nie możemy od tego wykluczać sił zbiorowych wielkich zrzeszeń. Tak powiada jedynie katolicka etyka, gdy tymczasem w obu działach religijnych bizantynizmu: w prawosławiu i protestantyzmie państwo i polityka w ogóle zwolnione są od etyki.

 

Według doktryny katolickiej wszelka czynność ludzka może być uświęcona. Nie ma wyjątku od tego prawidła, nie ma go też dla polityki. Wszelkie poczynianie społeczne, państwowe, narodowe, ma być przejawem tego, iż się miłuje Boga, a zatem ma być nie czym innym, jak wielkim, największym sposobem pełnienia przykazań. Katolik nie może uprawiać polityki, która byłaby sprzeczna z miłością ku Bogu. Wszyscy, którym ten stosunek obojętny, powinni wystąpić z Kościoła i zrobić to jawnie. Aut-aut. Wszędzie obecny jest Bóg jest też obecny na sali sejmowej, w sali sądowej, w każdym urzędzie i w każdej szkole. Nie pomoże na to usunięcie kurcyfiksów ze ścian!

 

Jakim prawem je usunięto? Ażeby nie drażnić innowierców, tj., nie chrześcijan, a zatem żydów. Usunięcie drażni atoli wszystkich chrześcijan, nie tylko katolików, lecz z tym „drażnieniem” rząd się nie liczył. Któraż tedy religia jest w Polsce religią panującą?

 

Zapewne Akcja Katolicka stanie się żywym murem, o który rozbiją się próby wyrzucenia miłości Boga z życia publicznego. Hasło etyki totalnej aż się wprasza, ażeby Akcja przyjęła je za swoje.

 

Gdyby więc kto zalecał w imię dobra publicznego coś takiego, co według pojęć katolickich sprzeciwiałoby się miłości Boga, będziemy w opozycji. Jakżeż może być dla katolickiego ogółu korzystnym coś, co kłóci się z miłością Boga? Naród polski jest zaś katolicki. Iluż byłoby Polaków, gdyby katolików usunąć?

 

Pragniemy, żeby samo piastowanie władzy w naszym państwie opierało się na miłości Bożej. Rządzić, władać, organizować należy w imię Boże. Jeżeli według starego zwyczaju kupiec zaczyna swe księgi handlowe od wezwania Imienia Bożego, czemuż by nie miał tego czynić najwyższy zwierzchnik państwa i państwowi dostojnicy?

 

Iluż uniknęłoby się nieszczęść, gdyby dążący do władzy mieli Boga w sercu! Źle jest, gdy się otrzymuje władzę dlatego, że się doszło do niej sztuczkami. Zupełnie fałszywy jest pogląd, że skoro tylko ktoś czuje w sobie popęd, który każe mu dążyć do władzy, już tym samym godnym jest, żeby ją piastować. Jeżeli ktoś gotów na wszystko, byle władzę posiąść, zwykło się mówić, że jest „urodzonym władcą”!

 

Im bezwzględniejszy, im gruntowniej pozbył się wszelkich skrupułów, tym bardziej „rodził się na władcę?”! Bynajmniej. Chuć władzy nie jest zaletą, lecz przestępstwem. Powiedziano już w starożytności: Multi omnia recta et honesta neglegant, dummodo potentiam consequantur…

  

Jeżeli będziemy poszukiwali głowy państwa i dostojników najwyższych wśród takich, których rozpiera żądza władzy, nie doczekamy się człowieka godnego takiego wyniesienia. Władzy nie godzi się zdobywać. Ślepa chuć władzy stanowi cechę ujemną charakteru, a gorsza jest nad żądzę złota, wygód i uciech, bo zawsze każde przewinienie i każde zboczenie staje się gorszym, gdy wkracza w życie publiczne. A chuć ta nie da się zaspokoić bez zbrodni. Tak przynajmniej uczą doświadczenia historyczne, a współczesność pouczyła nas o tym dokładnie i wciąż jeszcze poucza; tak orzeka metoda indukcyjna. Niechaj kto wskaże choć jednego pożądliwca władzy, który by doszedł był do niej, nie popełniając przestępstw, nie szerząc zła, nie stając się przynajmniej obojętnym na moralność.

 

Bezetyczna państwowość doprowadziła do tego charakterystycznego pojmowania polityki, jako sztuki dochodzenia do władzy. Tłumaczą nam to, że to dla dobra publicznego, żeby wykonać pewien program; a potem dodają, że ze względu na dobro publiczne muszą pilnować, żeby władzy nie utracić. W praktyce wychodzi się na to, że celem rządu jest utrzymać się przy władzy – i nic więcej. Sztuka dochodzenia do władzy składa się ze sztuczek, często nikczemnych, a zawsze przyjnajmniej amoralnych; a rezultat takiego pojmowania rządów w narzucaniu się i w zażartej obronie osobistego udziału w rządach. Ze „sztuki dochodzenia do władzy” robią się sobkowskie łowy na władzę, nie przebierając w środkach. Głównym zajęciem rządu staje się tępienie wszelkiej opozycji, co po niedługim czasie zamienia się w prześladowanie wszystkich porządnych ludzi, nie chcących się poniżać służalstwem. Rząd taki skupia około siebie zwolenników coraz wątpliwszej wartości, aż w końcu polityka bezetyczna wyrabia się w sztukę robienia brudnych interesów. Nieunikniona jest „ewolucja”!

  

Należy usuwać każdego, kto popełnia nadużycia, ażeby się dorwać do władzy lub przy niej utrzymać, kto tylko narzuca się w czymkolwiek do czegokolwiek, powinien być usuwany; tym bardziej, jeżeli urządza sobie łowy na władzę w państwie.

Nie goni się za władzą, lecz tylko przyjmuje się jej brzemię, gdy okoliczności wskażą, że to jest obowiązkiem. Władzę przyjmuje się w pokorze ducha, z miłością Boga, prosząc go o łaskę zdatności, i o wsparcie do wypełniania ciężkich obowiązków.

  

Do tych powodów musimy ograniczyć dobór osób, którym można powierzyć władzę; do katolików, do wiernych synów Kościoła. Zgoda z Kościołem stanowi warunek niezbędny, a pożądanym jest coś więcej, bo czynne z Kościołem współpracownictwo.

 

Nie ma obawy, żeby Kościół katolicki miał zmierzać do wytworzenia cywilizacji sakralnej. Ta cywilizacja, którą już przed wiekami wytworzył, łacińska, nie tylko wystarcza najzupełniej do jego celów, ale ona jedna w jedyna może w Europie i w jej osadach być Kościołowi naprawdę pomocną. Jedno i drugie, katolicyzm i ta cywilizacja łacińska, stoją personalizmem. Sakralność niwelująca życie w imię stałości i równości, wiedzie do gromadności. Gdyby Kościół dążył do „klerykalizmu”, gdyby wkroczył na drogę sakralizowania cywilizacji, podkopywałby grunt sam pod sobą. W katolicyzmie wykluczonym jest nadużywanie hasła miłości Boga celem opanowania form bytowania ludzkiego.

  

Teraz przejdziemy trzy pierwsze przykazania tego działu, związane bezpośrednio z obowiązkami względem Boga.

  

1 i 2. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” i „Nie wzywaj Imienia Bożego nadaremno”.

 

Obcą, cudzą jest nam każda religia oprócz rzymsko-katolickiej. W państwie polskim katolicyzm musi być religią panującą. Tylko katolik może być dopuszczony do stanowisk publicznych.

 

Pragnąc moralności w życiu publicznym, musimy tym bardziej trzymać się tej jedynej religii, która od życia publicznego wymaga etyki. Postulatu tego nie znają ani prawosławie, ni protestantyzm. Polskich protestantów jest jednak taka garstka, iż nie byłoby nawet tak dalece dla kogo obmyślać norm odrębnych.

 

A przy tym cóż to za protestantyzm? W księstwie cieszyńskim dzwonią na Anioł Pański, lud protestancki pielgrzymuje na katolickie odpusty. Wileński kaliwnizm utrzymuje się wśród Polaków tylko jako przedsiębiorstwo rozwodowe. Ani tu, ani tam nie znać wcale znajomości teologicznej ni luteranizmu, ni kalwinizmu. Znac natomiast często przeświadczenie o osobistym stosunku jednostki do Boga, co sprzeciwia się teologii protestanckiej (zwłaszcza kalwińskiej); znać skłonności personalistyczne, a nierzadko wybitne nawet przejawy personalizmu. Należą oni do cywilizacji łacińskiej, podobnież jak protestanci skandynawscy i angielscy. W państwie cywilizacji łacińskiej będą się czuć u siebie; nie ma więc powodu odmawiać im całej pełni praw obywatelskich; a raczej nie brak poważnych powodów, żeby ich uznawać zupełnie równouprawnionymi.

  

W cywilizacji bizantyńskiej państwo zajmuje się dogmatyką, lecz w łacińskiej ogranicza się ingerencję, pozostawiając dogmatykę Kościołowi; państwo czuwać będzie tym bardziej, żeby nie wprowadzać do państwowości cudzych etyk. Nie słuchajmy czczych frazesów o jakiejś etyce ogólno-ludzkiej, ani nawet o „chrześciajńskiej”, bo zależy nam tylko na tej jednej etyce, która sama jedna głosi, że jedna i ta sama moralność obowiązuje i w prywatnym życiu i publicznym. Jest to etyka katolicka, jedyna etyka cywilizacji łacińskiej.

 

Zastanawiając się nad rozmaitością etyk, widzimy tym jaśniej, że nie może być syntez pomiędzy cywilizacjami. Luter zezwalał panującym na bigamię, a Kalwin wymagał od rządów tylko tego, żeby przestrzegać kalwińskiej prawowierności.

 

W turańskiej cywilizacji kwestie etyczne nie istnieją zgoła poza etyką rodową lub obozową; tez zaś obie nam obojętne. Żydowska cywilizacja posiada aż cztery eytki, dwie dla współwyznawców, dwie względem „gojów”, po jednej w Palestynie i po jednej w „golusie”.

 

W bizantynizmie i w braminizmie jarzmo obowiązków można zrzucić z siebie w każdej chwili. Na Rusi wieków średnich raz wraz ten i ów kniaź Rurykowicz zrzucał „krestnoje cjełowanie” tj., unieważniał i odwoływał swą przysięgę. W Petersburgu powszechnym było aż do naszych czasów wśród inteligencji przekonanie, że „przecież można zrzec się obowiązku”. Różnice pojęć o moralności sięgają jednak jeszcze dalej; czyż przyjęto by u nas do klasztoru człowieka żonatego i ojca rodziny, zgłaszającego się, ponieważ pragnie, „poświęcić więzy niższe dla celów wyższych?”W cywilizacji bramińskiej takie porzucenie rodziny uchodzi za cnotę. Tam w ogóle wszelkie obowiązki są czasowe, bo można się od nich uwolnić kiedykolwiek doraźnie. Jakżeż wobec takich odmienności można mówić o jakiejś moralności „powszechnej”?

  

Wiadomo jak w prawosławiu Cerkiew wysługuje się rządowi. W bizantynizmie nie dopuszcza się, żeby jakaś powaga moralna miała się wyodrębnić z ram państwa, gdyż przyznaje się supermację sile fizycznej nad duchowymi. Nadto cywilizacja ta nie pojmuje jedności bez jednostajności. Robiła zaś cywilizacja bizantyńska zdobycze na całym kontynencie europejskim. Niemcy są od dziewięciu stuleci rozdwojone na cywilizację bizantyńską i łacińską. Kultura bizantyńsko-niemiecka rozwinęła się podczas walk cesarstwa z papiestwem, następnie uprawiali ją Krzyżacy, po czym wyrosło z tego prusactwo. W ostatnich czasach całe już Niemcy sprusaczyły się, tj., przejęły się ideologią prusacką. Odbywała się też od dawien w całej Europie propaganda nad tym, żeby wyrugować moralność z polityki. Doszło do tego, że ośmieszono samo przypuszczenie łączności życia publicznego z etyką; wołano, że to nienawiść.

  

„Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – to znaczy, że nie będziesz się oglądać na żądania i zachowywanie tych wszystkich, którzy nie chcą uznawać naszej etyki; nie będziesz dbał o szyderstwa, lecz przy każdej sposobności stwierdzisz po męsku, że sam do cywilizacji łacińskiej się przyznajesz i żądasz, żeby państwo uznało ją za cywilizację państwową. Precz z państwowością bezetyczną! My chcemy etyki totalnej, tj., obowiązującej we wszystkim a we wszystkim. Walka z pojęciami państwowości amoralnej musi trwać bez przerwy, aż do całkowitego zwycięstwa moralności naszej rodzimej cywilizacji łacińskiej. Niechaj się moralność katolicka rozwija coraz bardziej, niechaj powstają nowe wymogi etyczne, aż moralność katolicka obejmie sprawy życia publicznego.

 

Nie możemy zaś żadną miarą zwalniać państwa od etyki. Historia powszechna dostarcza aż nazbyt wiele świadectw, że gdy się zwolni życie publiczne od moralności, następuje tym samym upadek jej w życiu prywatnym. Publiczne nie może posiadać etyki innej, jak prywatne. Od wszelkiej dwoistości w etyce bije zgnilizna.

 

Postęp moralności zawisł właśnie od tego, żeby uznawać jej potrzebę w narodzie, społeczeństwie i państwie.

 

Nie możemy dopuszczać do spraw państwowych moralności żydowskiej, turańskiej, ani bizantyńskiej, bo to dla nas „bogi cudze”.

 

Z całą stanowczością, nie wykluczając nawet bezwzględności, musimy zapobiegać, żeby państwowość nie służyła do walki z katolicyzmem. Kto walczy z Kościołem, ten godzi w Polskę.

 

Od dwustu lat stanowi sprawa polska kwestię etyki międzynarodowej; ponieważ zaś tylko katolicyzm uznaje etykę w życiu publicznym, więc interesy narodowe polskie związane są z losami katolicyzmu w Europie.

 

Prócz katolickiej wszelka inna religia – powtórzym – ma być obcą polskim urządzeniom państwowym. Właściwie państwo nie powinno mieszać się w sprawy żadnej religii, ani katolickiej. Stosunek Kościoła do państwa określany jest jednak w Europie konkordatami zawieranymi ze Stolicą Apostolską, a każdy konkordat przyznaje pewną ingerencję państwu w sprawy eklezjologiczne; my zaś nie mamy prawa być „bardziej papieskimi od samego papieża”. Mamy natomiast dwa obowiązki: pilnować, żeby rząd (ni żaden urząd jego) nie dopuszczał się wykrętów w wypełnianiu warunków konkordatu; tudzież, żeby nie roztaczał opieki państwowej nad „cudzymi” wyznaniami na przekór katolicyzmowi. Trzeba kontrolować rząd, czy równocześnie nie utrudnia działań Kościołowi, a nie ułatwia prawosławiu, protestantyzmowi, judaizmowi.

 

Prawosławie i protestantyzm mają to do siebie, że nie mogą wprost istnieć bez poparcia władzy świeckiej.

 

Gdybym był prawosławnym, poczuwałbym się do wielkiej wdzięczności względem Polski. Bez polskiej troskliwości (jakżeż bezinteresownej) o dobro prawosławia, może by go już nie było na równinach sarmackich. Wybieram z całej historii trzy punkty, szczególniejszej wagi.

 

Po wielkich najazdach tatarskich, za czasów cesarstwa łacińskiego, kiedy nawet niekiedy nie było patriarchy i nikt nie troszczył się o losy cerkiewne Rusi, wtedy reorganizatorem metropolii „Kijowa i wszystkiej Rusi” stał się Cyryl, b., kanclerz Daniela halickiego. Pochodził on z bojarów ziemskich z ziemi „Lachów”, a zatem był Lachem prawosławnym. Kiedy zaś potem ziemia ta wraca na stałe do Piastów, pierwszy z nich, Bolesław Trojdenowicz przechodzi na prawosławie, przyjmując imię Jerzego; drugi z kolei Kazimierz Wielki organizuje hierarchie prawosławną, czyniąc to nawet wbrew papieżowi. Po raz trzeci upadła cerkiew wschodnio-słowiańska po rewolucji bolszewickiej, a tym razem upadła całkowicie; przestała istnieć, no nie starczyło kleru wiernego Cerkwi i przygotowanego choćby jako tako do pełnienia funkcji kapłańskich. Wtedy państwo polskie pospieszyło z pomocą, nie ograniczając się do samego ocalenia tej Cerkwi, lecz podnosząc jej poziom tak wysoko, jak to nie bywało nigdy w Rosji. Teologiczny wydział prawosławny w uniwerstytecie warszawskim ma hodować duchowieństwo schizmatyckie dla prowincji państwa polskiego a państwu temu sprzyjające i nie pragnące odrodzenia Rosji i przywrócenia jej panowania nad tymi prowincjami, słowem, ma dostarczać popów antyrosyjskich (sic!). co za naiwna wyobraźnia! W rzeczywistości urządzono bogate rezerwy dla przyszłego odrodzenia prawosławia w Rosji i to z postępem na znacznie wyższy szczebel, niż bywało kiedykolwiek. Dzięki Polsce schizma na Rusi dźwignęła się z upadku i teraz może śmiało czekać na chwilę sposobną…odwdzięczenia się.

  

Nigdy by ów rząd polski nie był okazał ani w części takiej troskliwości jakiejkolwiek sprawie żywotnej katolicyzmu. A jak się opiekowano sekciarzami, mariawitami i kościołami „narodowymi”!!

  

Ażeby protestantyzm podnieść w oczach ludu śląskiego, nadano pastorom tytuł „księży” „tj., kapłanów”. Jest to nonsens teologiczny wobec nauk Lutra czy Kalwina; jest to nawet istny bunt religijny, bo "reformatorzy” żadnego stanu kapłańskiego nie uznawali, lecz przeciwnie, twierdzili, że stan taki istnieć nie może. Wiedzą o tym oczywiście pastorowie, a jednak o tytuł księży zabiegali i używają go demonstracyjnie. Stanowi to niewątpliwie zerwanie z luteranizmem i kalwinizmem i byłoby czymś analogicznym do pewnych wierzeń i praktyk „protestantów” w cieszyńskim; jakiś specyficzny polski protestantyzm. Owszem! Do stwierdzonych w Europie osiemnastu dogmatyk protestanckich możemy doliczyć protestantyzm dziewiętnastej dogmatyki, gdyż ilość dogmatyk protestanckich jest zasadniczo nieograniczoną. Nie zamierzamy bowiem przeszkadzać; chcielibyśmy tylko żeby „księża pastorzy” jawnie oświadczyli się za przywróceniem kapłaństwa (wbrew Lutrowi).

 

Zdaniem niektórych chodziło jedynie rządowi i tylko o demonstrację antykatolicką. Złośliwi zapowiadali, że niebawem pojawią się „księża rabini”.

 

Grube przeto są przewinienia państwowe przeciwko pierwszemu przykazniu.

  

Powiedziano dalej: „Nie wzywaj Imienia Boskiego nadaremno”. Przykazanie to chroni nas od świętoszkostwa, a ostrzega, żeby nie wciągać Kościoła w sprawy świeckie bez istotnej koniecznej potrzeby. Taka potrzeba zachodzi jednak zawsze, gdy moralność jest zagrożona i wtenczas nie wolno się wahać. Skoro nie trzeba wzywać Imienia Jego nadaremno, a zatem trzeba go wzywać, skoro to nie jest nadaremno, tj., gdy odwołujemy się do moralności. Skoro zaś wgląd w życie publiczne mieści się tylko w etyce katolickiej, będzie to odwołaniem się do katolizyzmu. Związek nierozerwalny!

 

Nie dbajmy o szyderstwa, a wrogów etyki naszej cywilizacji łacińskiej przypierajmy zawsze do muru; niechaj będą wrogami jawnie. Nie zaszkodzi, jeżeli podzielimy się na obozy według stosunku do religii i do cywilizacji. Jawność taka ułatwi nam życie publiczne. Za długo już dokazywały rozmaite łodzie podwodne przeciwko katolickości i polskości. A polskość nie może być turańską, bizantyńską lub żydowską; ona może być tylko łacińską. Wrogowie katolicyzmu, nie znoszący moralności w rządach i nie chcący odpowiedzialności, niechajże będą wrogami jawnymi.

  

3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.

 

Ponieważ Polska jest państwem katolickim, a zatem publiczny spoczynek niedzielny obowiązuje wszystkich i…wszystkie urzędy. Nie godzi się, żeby urząd oddawał roboty publiczne innowiercom i pozwalał im wykonywać je w niedzielę. W ogóle urzędy winny wystrzegać się z jak największym pedantyzmem tego, żeby nie można było wystąpić przeciwko nim z zarzutem, że same obmyślają, jakby obejść ustawę. Śmieszne pozory handlu wodą sodową lub cukierkami robią spoczynek niedzielny zbyt często iluzorycznym. Byle głupstwo służy władzy za miły pozrór do robienia „wyjątków”. Byłoby o wiele lepiej, gdyby taki rząd oświadczył się jawnie przeciwko święceniu niedzieli.

  

Powinny też być nakładane surowe kary na osoby robiące w dzień świąteczny zakupy w sklepach otwieranych podstępnie. Słusznie karze się takiego kupca, lecz kupujący powinien być karany o wiele dotkliwiej, choćby pięciokrotnie.

 

Narusza się również przykazanie, jeżeli się próbuje zrównać wobec prawa i władzy dni świąteczne innowierców z niedzielą, lub też utrącać prawa niedzieli przez zestawienie z tamtymi dniami. Narusza się natenczas nie tylko trzecie przykazanie, lecz również pierwsze, gdyż jest to „służenie bogom cudzym”.

 

Do najsurowszej odpowiedzialności powinno się pociągać urzędnika, lubiącego zapominać, że w Polsce katolicyzm jest religią panującą. Wolno wyznawcom innych religii świętować w swoje dni świąteczne dowolnie, jak najbardziej i publicznie, a nikomu nie wolno im w tym przeszkadzać; lecz ochrona państwowa tyczy się tylko niedzieli i świąt katolickich.

 

Spoczynek niedzielny obowiązuje jednakowo władze cywilne i wojskowe. Katolicyzm jest religią panuącą w całym państwie polskim, we wszystkiej jego państwowości, a więc również w armii. Kto się z tym nie zgadza, niech wystąpi z wojska. W wyjątkowych okolicznościach, a w związku ze stanem wojennym lub gdy grozi wybuch wojny, wszyscy jesteśmy jednakowo zwolnieni od spoczynku niedzielnego.

 

Państwa lądu europejskiego urządzają święta narodowe (Anglicy obchodzą się od tego). Łączy się z tym pewna niewłaściwość.

 

Czyż państwo jest od urządzania uroczystości i zabaw publicznych? Państwo nie powinno się poniżać do roli wesołka. Nikt nie ma prawa bawić się na koszt skarbu, bo nie na uroczystości płacimy podatki. Państwo obejdzie się doskonale bez święta państwowego, i naród bez narodowego, i społeczeństwo bez społecznego. Ci, którzy chcą mieć uroczystości, niechaj je swoim kosztem urządzają. Niechaj je urządza społeczeństwo samo, ze składek, a komitet może zaprosić, kogo zechce, a więc i urzędy także. Ale żeby władze państwowe same miały się tym zajmować – to już pachnie albo Azją, albo obłąkaniem gdzieś u góry.

 

Bądź co bądź, samo obchodzenie święta narodowego może być nie tylko chwalebną sprawą, lecz podniosłą.

 

Inaczej ma się rzecz ze „świętami”, wymyślanymi w ilości nieograniczonej na cześć wszystkiego i czegokolwiek, co tylko wzbudza w nas uczucia lub upodobania. W myśl tradycji „Wielkiej” rewolucji francuskiej propagują loże wolnomularskie z pomocą bezwyznaniowców, socjalistów i Żydów „święta” matki, żony, siostry, zboża, owoców itp., aż doszło się do święta konia. W ciągu dalszych miało się zapewne w zapasie święta psa i świni? Cel aż nazbyt przejrzysty, żeby obniżyć nastrój i wrażenia świąt kościelnych, był długo popierany przez władze. A kiedy zakazano nazywać tych wymysłów „świętami”,wtedy zaprzestano tej akcji, chociaż nikt nie zakazywał obchodzić tego wszystkiego, jako „uroczystości”.Chodzi koniecznie o tę nazwę „święta”; inaczej sprawa nie przedstawia wartości dla inicjatorów.

 

Oczywiście państwu nic a nic do tego, ile w jakiej religii jest świąt i kiedy wypadają. Wścibstwo państwa totalnego stało się doprawdy „kolosalnym”.Trzecie przykazanie domaga się, żeby to natrętne wścibstwo było nareszcie skrócone, i to radykalnie. W wszystkich sprawach tyczących świąt katolickich, decyduje sam tylko Kościół, a państwowość ma się do tego dostosować.

 

Przez pewien czas były w modzie wyrzekania na katolików, że zbyt wiele czasu marnują na świętowanie. W imię ludzkości czekającej na zwiększenie produkcji, zabierano się do „kasowania” kilku świąt i wypowiedziano się przeciw świętom dwudniowym. Wykazywano socjologicznie, ekonomicznie, demokratycznie, historycznie i futurystycznie, na wszystkie sposoby, że świętowanie katolickie stało się czymś antyspołecznym. Propaganda zyskała posłuch nawet w sferach kościelnych! Nie spostrzeżono się, że nie nawoływano do wydatniejszej pracy ni prawosławnych, ni starozakonnych, chociaż świętują dłużej! Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Sfery kościelne ugięły się przed tą nagonką. W Polsce ogół wiernych stanął w obronie pewnych świąt, lecz na Zachodzie, co się utrzymało, zostało poprzenoszone na niedziele i wielkie święta głównie ograniczono do jednego dnia, więc tylko do niedzieli. W praktyce wyszło na to, że świąt nie ma.

 

Nie będę się rozpisywać o tym, jakie względy psychologiczne przemawiają za tym, żeby jednak czasem były jakieś święta prócz niedziel. Zwrócę zaś uwagę na społeczną potrzebę świąt podwójnych. Wyjdzie to bardzo na zdrowie produkcji, jeżeli pracownicy kilka razy do roku naprawdę wypoczną dokładniej. Produkcyjność ich wzmoże się skutkiem tego tak dalece, iż nie tylko odrobią „stracony” dzień świąteczny, ale go jeszcze nawet nadrobią. Za naszych właśnie czasów stają się święta podwójne tym potrzebniejsze, ponieważ ludzkość przerzuca się z miejsca na miejsce coraz szybciej. Mąż goni za zarobkiem, gdzi go znajdzie, a szukać go może dzięki łatwej komunikacji; nie zawsze atoli może zabrać od razu żonę i dzieci na nowe miejsce pobytu. To pewna, że nigdy jeszcze nie miewało się krewnych po różnych miejscach tak rozproszonych jak obecnie. Święta podwójne zezwalają na wzajemne odwiedziny; jest zaś rzeczą nader pożądaną, żeby się nie zacierały węzły rodznne. Drugie święto stanowi dopiero prawdziwie dzień wypoczynkowy dla tych tysięty i tysięcy, którzy dzień w dzień dojeżdżają do fabryk i biur z okolicy do większego miasta. Byłoby tedy wskazanym, że święta nie „skasowane” poprzenosić na stałe w sobotę lub poniedziałek właśnie dlatego, żeby powiększyć ilość świąt podwójnych.

 

Rejestr przewinień ze strony urządzeń państwowych przeciwko pierwszej grupie dekalogu dałby się znacznie wydłużyć; tu chodzi tylko o przykłady. Skracając się, przejdźmy do drugiej grupy, do drugiego przykazania ogólnego.

 

II. Przykazanie ogólne: Miłuj bliźniego jak siebie samego.

 

Jak nie wolno nam skreślić z życia publicznego postulatu miłości Boga, podobnież nie wahajmy się używać wyrażenia „miłość bliźniego” rozstrząsając tematy państwowe. Dobro publiczne jest po prostu szczytem tej miłości, jest wielkim iloczynem z tysiącznych jej stosowań. Inaczej rozumować się nie da. Gdyby ktoś zalecał, jako dobro publiczne, coś, co sprzeciwiałoby się miłości bliźniego, wyśmiejemy się mu w oczy z jego rozumowania. Jakżeż może być korzystnym dla ogółu coś, co jest dla bliźnich szkodliwym.

 

Nie można dogodzić wszystkim i nie trzeba się wcale o to starać. Pielęgnując cywilizację łacińską, nie zawsze dogodzimy synom innych cywilizacji. Tylko nijakie zero duchowe może się troszczyć o to, żeby się wszystkim podobać.

 

W miłości bliźniego musi także panować jakiś ład, bo inaczej nie byłoby żadnej skuteczności przy najlepszych nawet intencjach. Ład wymaga hierarchii. Istnieje hierarchia obowiązków, istnieje też hierarchia bliźnich.

 

Nie ma równości; bliźni bliźniemu nierówny. Caeteris paribus rodzina ma pierwszeństwo nad obcymi, rodak przed cudzoziemcem, współwyznawca przed innowiercą, przyjaciel przed nieprzyjacielem, chory przed zdrowym, kobieta przed mężczyzną, dziecko przed dorosłym itp. Komplikujące się coraz bardziej nasze życie przysparza komplikacji także w rozstrząsaniu tej hierarchii; toteż należy sobie dobrze uświadomić szczeblowatość obowiązków swoich, ażeby w każdej sytuacji wiedzieć jak postąpić.

 

Za najlepszy wskaźnik w praktykowaniu miłości bliźniego można uznać prawidło następujące: wszelkie uprawnienie czyjeś kończy się tam, gdzie się zaczyna uprawnienie kogoś innego. Oczywiście należy przede wszystkim rozważyć i zbadać, czy obie strony posiadają w ogóle uprawnienie w danej sprawie; czy obie lub jedna z nich nie opierają się na samych tylko chętkach lub roszczeniach wcale nie uprawnionych. Kryterium zaś uprawnienia zawsze to samo: etyka katolicka.

 

Roszczenia mogą być słuszne i niesłuszne, czasem wręcz urojone. Nie zawsze należy się komuś wszystko, czego się zechce; nieraz wręcz urojone. Nie zawsze należy się komuś wszystko, czego się zechce; nieraz obowiązek wymaga, żeby się przeciwstawić ostro roszczeniom, będących uroszczeniami. Walka z roszczeniami powinna być ciągła, systematyczna. Jest to konieczne regulowane danej dziedziny, w której pragnęliśmy stosować miłość bliźniego. Zdarza się, że przy najlepszych chęciach nie da się zrobić nic, jeżeli pole naszego działania zachwaszczone jest zbytnio uroszczeniami. Gdyby im czynić zadość, nie starczyłoby możności dla roszczeń słusznych. Uroszczenia często stanowią przeszkodę niepokonalną od oddania komuś tego, co mu się należy i czego nikt odmawiać nie zamierzał.

 

W nauce rosyjskiej pojawiło się przed laty przeszło trzydziestu rozróżnienie dwóch etyk: obowiązkowej i roszczeniowej. W ostatnich latach przeszczepia się tę teorię na grunt polski. Geneza doktryny tkwi w specjalnych stosunkach rosyjskich, lecz w cywilizacji łacińskiej jest to niepotrzebne, a mogłoby wieść do obniżenia poziomu etycznego. W katolickiej moralności roszczenia słuszne nie potrzebują dobijać się uznania, gdyż posiadają je z góry. Co więcej każdy ma obowiązek uprzedzać odezwanie się roszczeń, gdyż miłość bliźniego wymaga, żeby samemu badać i rozstrząsać, czy się komuś coś od nas nie należy. O słusznych roszczeniach można powiedzieć, że w etyce cywilizacji łacińskiej mieszczą się one apriorycznie i to nie jednostronnie lecz obustronnie. Robiąc z tego oddzielną etykę wzbudzałoby się domniemanie, że się ma do wyboru pomiędzy etyką obowiązków a roszczeń, że pielęgnowanie roszczeń jest już tym samym uprawianiem etyki: może by nawet doszło do wnioskowania, że tym moralniejszy jest ten, kto usilniej akcentuje roszczenia. Otwarta droga do najfatalniejszych nieporozumień. Mając taki wolny wybór w dziedzinie etyki, niewielu tylko zechciałoby uprawiać etykę obowiązków i musiałałoby nastąpić obniżenie moralności i publicznej i prywatnej.

  

Oto znów przykład, jak odmiennie przedstawiają się sprawy ludzkie w różnych cywilizacjach. Widzimy, że nie wyszłoby się jednak z twardego splotu kolizji, gdyby je mieli rozplątywać przedstawiciele i zwolennicy rozmaitych cywilizacji. Sam z sobą nie dojdzie do ładu, kto się nie zdecyduje, do jakiej należy cywilizacji; jakżeż mógłby panować ład w jego poczynaniach względem życia publicznego?

 

Gdzie brak współmierności, tam wytwarza się chaos, a życie społeczne nie organizuje się, lecz doprawdy bywa rozsadzane.

 

Na kontynencie europejskim zaniknęła już całkowicie świadomość, że rządzący muszą mieć jakiś wspólny kierunek. Coraz więcej rządów „jedności narodowej” rozdającej teki według „klucza” w coraz liczniejszych krajach. Najczęściej kończy się to zwycięstwem przewrotowców.

 

Nigdzie nie ma tyle uroszczeń, ile pośród rządzicieli. Człowiek, który nie umiał zarobić na chleb dla rodziny, nieuk i nicpoń, gdy zostanie ministrem dzięki rozmaitym kluczom partyjnym a kruczkom swej kliki, otacza się propagandą swej osoby na koszt państwa i po tysiąc razy stoi czarno na białym wydrukowane, jako jest on wielkim światłem w narodzie, a życie jego składało się z samych zawsze poświęceń. Niektórzy zapędzają się tak daleko, że każą rozgłaszać, jakoby znali się na „resorcie”,którym zawiadują! Im gorszy nieuk, tym większe uroszczenia!

  

Cały aparat państwowy nie ma innego celu, jak służyć pretensjonalności rządzicieli. Podróże ich, bankiety, urządzanie im mieszkań stanowią wydatki najpilniejsze wśród wydatków państwowych. Szczytem mądrości politycznej ciągłe pomnażanie stanowisk ministerialnych; jest już ich dwa tuziny.

 

Trudno rozprawiać o miłości bliźniego z ludźmi, których życie składa się z tych dwóch ideałów: talerz i łoże.

 

Zanim nawróci się do szczęśliwszych czasów, kiedy odnajdą się znowu ministrowie skromni a uczeni i obowiązkowi, analizujemy to co jest, ażeby nie mniemali, że tak być musi. Z wielkiego rogu obfitości wszelkiego zła sypią się gęstym gradem przestępstwa przeciwko każdemu z dziesięciorga przykazań; aż obrzydzenie zbiera do obecnej państwowości. Na tę straszliwą plagę jeden jest tylko środek: etyka katolicka, stosowana z całą ścisłością.

 

Etyka katolicka obejmuje wszystko; nie ma w niej luk, a nowe przejawy życia zbiorowego znajdują w niej miejsce bez trudności i wątpliwości. Nie trzeba jej obmyślać, chodzi tylko o to, żeby ułatwiać jej stosowanie, i żeby ją wprowadzać do wszystkiego. Najwyższą kategorię tych zabiegów stanowi troska o państwowość moralną. Nadejdzie zapewne czas, kiedy nauka o państwie będzie uważana za dzieło sztuki.

  

Czyż miłość bliźniego nie będzie uprawianą najgłębiej i najszerzej natenczas, gdy owładnie umysłami hasło etyki totalnej?

 

Nawet jednak zgodziwszy się na etykę totalną można be mędrkować około kresów miłosierdzia, jak daleko mo ono sięgać. Czy dobrze jest i słusznie przedłużać życie chorym nieuleczalnie, bardzo cierpiącym przy tym, np., trędowatym. Można by bowiem rozumować, że etyka wymaga raczej, żeby skracać męczarnie do niczego nie wiodące i beznadziejne.

 

Wątpliwość tę rozstrzygamy całkiem po prostu: my należymy do cywilizacji łacińskiej; etyką tej cywilizacji jest etyka katolicka, a ta powiada: Res sacra miser i miłosierdziu nie tylko żadnych granic nie zaznacza, lecz pracuje nieustannie nad ich rozszerzeniem.

 

W miłości bliźniego miłosierdzie odgrywało zawsze wielką rolę. Nie zmniejsza jej bynajmniej rozwój stosunków społeczenych. Nowe komplikacje w walce o byt wytwarzają coraz więcej wypadków, wymagających miłosierdzia. Socjaliści, walczący z każdym a każdym pojęciem katolickim, wołają, że oni nie zajmują się miłosierdziem, cnotą najniższego ich zdaniem stopnia, bo hołdują cnocie wyższej: sprawiedliwości; a gdy nastanie socjalistyczna sprawiedliwość, miłosierdzie stanie się zbędnym. Nie odkładając atoli walki z miłosierdziem aż do nastania tej ery szczęścia, zwalczają je i wyszydzają od raz, zaraz teraz. Pominąwszy tę dziwną metodę, zadajmyż pytanie: czy w państwie czerwonym nie będzie niesprawiedliwości z powodu ślepego losu, trafu, przygody, złego wypadku? Czy na te bolączki nie trzeba będzie w imię sprawiedliwości leków miłosierdzia? Wy to obiecujecie nieszczęśliwcom na przyszłość, my katolicy robimy to już od dawna. Nie zmienimy postępowania, bo miłosierdzia wymaga moralność, głoszona przez naszą religię.

 

Uznajemy, że naszym państwom i społeczeństwom daleko do pełnej sprawiedliwości. Wyobraźmyż sobie, że w takich państwach zniknęło miłosierdzie! Skoro nas nie stać na zupełną ścisłą sprawiedliwość, musimy tym bardziej pielęgnować miłosierdzie, jako częściowo korektę sprawiedliwości.

  

4. Czcij ojca i matkę swoją

 

Przykazanie to nie ogranicza się do rodziców bezpośrednich. Nakazuje czcić dziadków i pradziadków. Nie słyszał nigdy nikt, gdzie się to przykazanie zatrzymuje, na którym pokoleniu, a od którego pokolenia już nie obowiązuje. Sięgając tedy rodowodem rodziców wstecz, dojdziemy do przodków coraz dawniejszych i nam coraz dalszych. Węzłem niezniszczalnym związani jesteśmy z przodkami; dźwigamy bowiem po nich dziedzictwo, bez względu na to, czy miłe czy nie miłe, ze wszystkim złem i dobrem. Rodzi się z tego historyzm, tj., poczucie, że się jest narodem historycznym.

 

Bez historyzmu nie ma miłości Ojczyzny, która stanowi najwyższą ewolucję i koronę IV przykazania. Nie rodzi się zaś z samych pobudek ziemskich. Określił to doskonale ks. Piotr Skarga pod koniec XVI wieku, gdy powiedział: „Nie dlatego miłujemy Ojczyznę naszą Polskę, że nas wyżywi, ale iż jest postanowienia Bożego."

 

Cóż tedy sądzić o ludziach, którzy ciągną z ojczystego państwa nieprawe zyski prywatne? Co myśleć o tym, że tacy ludzie mogą piastować wysokie dostojeństwa? Czyż wobec tego wprowadzenie dekalogu do państwowości nie stanowi konieczności naglącej?

 

Czcij ojca i matkę swoją, a więc dbaj o nich, gdy staną się starcami i niezdatnymi do zarabiania na życie. Musimy przeto dążyć do renty starczej, lecz niechaj tę pracę załatwia społeczeństwo samo, a nie państwo; żeby każdy należał do swojej ubezpieczalni, do jakiej mu się podoba.

 

Państwo wizęło na siebie emerytury urzędników i postąpiło niegodziwie z pieniędzmi…cudzymi. Urzędnicy pobierają emerytury z pieniędzy nie państwowych, lecz własnych, ze składem miesięcznych (pobieranych przymusowo). Urządzenia to polega na tzw., rachunku prawdopodobieństwa, jak wszelka asekuracja. Zbierały się na to fundusze większe niż wynosiła wypłata emerytur; nadwyżka przechodziła do skarbu państwa. Państwo więc nic nie daje, tylko administruje tymi funduszami, pobierając za to wynagrodzenie. Jakimże prawem państwo okrawa emerytury? Ograbia więc urzędnika z jego własnych pieniędzy, uskładanych przez całe życie. Jest to naruszenie depozytów.

 

U niektórych koczowników, na prymitywnych stopniach cywilizacji, jest zwyczaj, że się zabija chorych starców. Jeszcze pod koniec XIX wieku stwierdzono to u Czukczów. Na równym z nimi poziomie stoją wszyscy ci, którzy zalecali i przeprowadzali ciągłe obniżanie poborów emerytalnych. Czyż nie stanowi to cywilizowanego „dobijania starców”?

  

Rozciąga się czwarte przykazanie na starszych w ogóle, następnie na nauczycieli i przełożonych.

 

Wynika z tego, że ktokolwiek piastuje jaki urząd, powinien zasługiwać na szacunek, jeśli tedy nie czyni zadość temu warunkowi, ma być usunięty. Jest zaś niemało przewinień, nie karalnych sądownie, a siejący zgorszenie i budzących wzgardę. Marna państwowość gdzie figury oficjalne stanowią przedmiot publicznej pogardy. Państwowość taka trzaśnie przy pierwszym wstrząsie.

 

Według jakiego wzorca ma być szacunek publiczny? Ponieważ państwo polskie jest katolickie i musi należeć do cywilizacji łacińskiej, więc warunki szacunku publicznego objęte są etyką katolicką i pojęciami cywilizacji łacińskiej.

  

5. Nie zabijaj

 

Znaczy to oczywiście, że nie tylko samemu nie wolno być zbójem, ale ani innym na zabójstwo pozwalać; co więcej, jest obowiązkiem państwa zbójnictwu przeszkadzać. Policja jest od tego, by chronić społeczeństwo, by ochronić społeczeństwo od zbrodniarzy; bezpieczeństwo życia i mienia stanowi jej jedyny obowiązek, a nie jakiś dodatek do służby polityczno-policyjnej. Jeżeli nie starczy funduszów, ma wszystkie rodzaje policji, wszystkie dostępne fundusze powinno się obracać na policję bezpieczeństwa. Wartość policji mierzy się ilością zbrodniarzy nie wykrytych. Gdy tego za dużo, widocznie państwo nie spełnia należycie swych obowiązków. Mówiąc ściśle, zwiększająca się bezkarność zła staje się hańbą państwa.

 

Państwo takie przysługuje się zbrodniarzom, ulepsza warunki zbójeckiego fachu, powiększa szansę powodzenia zbójom, a zatem staje się współwinnym ich zbrodni. Takie państwo dopomaga zabijać, a więc - zabija.

 

Państwowość zbójecka?! Gdzie państwo zbrodniarzy nawet nie wykrywa, jeżeli policja jest w tym zaniedbana, niezdatna czy niedbała, skutek jest taki sam, jak gdyby roztaczano opiekę nad zbrodniarzami. Policja nie gwarantująca nam bezpieczeństwa, staje się sprzętem nieużytecznym, niepotrzebnym.

 

Policja jest od tego, żeby człowiek porządny czuł się zupełnie bezpiecznym; a tymczasem zdarza się wprost przeciwnie…Na polityczną policję jest pieniędzy w bród i skutkiem tego brakuje na służbę bezpieczeństwa. Choćby się musiało obcinać budżet na wszystkie strony, należy to zrobić, a sumy obcięte przekazać na pomnożenie i wydoskonalenie straży bezpieczeństwa. Na pewno jednak wystarczy obcinać wydatki na pozycje zbędne, ażeby nie brakło na niezbędne; najniezbędniejszą zaś jest policja bezpieczeństwa.

 

W miarę jak bezpieczeństwo życia i mienia zwiększa się lub spada, nabiera też wartości państwo lub traci ją. Nie ma lepszego kryterium do oceny państwa, jak statystyka zbrodniarzy nie ściganych.

 

Państwowość, w której zbrodniarze mogą obywatela okraść, obrabować, nawet zabijać, a z urzędowego komunikatu policji dowiadujemy się tyle tylko, że „zbiegli w niewiadomym kierunku” – państwowość taka traci rację bytu i najlepiej by było unicestwić ją od razu, zanim ona sama mocą swej głupoty, niezdarności i lekkomyślności nie zaprowadzi państwa do zguby. Tacy rządziciele są niezdatni do rządów; na stolicach rządowych są uzurpatorami i trzeba ich przegonić, póki nie za późno!

 

Zabić zbója jest zasługą. Gdyby wybić wszystkich zbójów i w ogóle zbrodniarzy, jakżeż zwiększyłaby się wydatność pracy takiego szczęśliwego pokolenia.

Różne są rodzaje zbójectwa, niekiedy bywają natury „delikatnej”. Np., propaganda wyludniania kraju, zabijania dzieci w łonie matki. Istnieją od tego jawne „poradnie”, działające publicznie. Gdyby agitacja ta była subwencjonowana z funduszów publicznych, czyż państwo nie byłoby winne zbójectwa?

 

Do działu bezpieczeństwa życia należy także oczywiście pielęgnowanie zdrowia. W cywilizacji łacińskiej stanowi to bezwarunkowo obowiązek, podczas gdy w bizantyńskiej kwestii zdrowia nie dopuszczono zgoła do zakresu etyki. W Bizancjum powstał nawet przesąd, jakoby cnota nie mogła mieścić się w pięknym zdrowym ciele; wyrazem jej miały być ciała znękane, schorowane, brzydkie. Wyniknęły z tego rozmaite następstwa, z których najgorszym było to, że obowiązek doskonalenia się ograniczono do mnichów; w ostatecznej konsekwencji usunięto etykę całkiem z życia publicznego.

 

W cywilizacji łacińskiej i według etyki katolickiej, dbałość o zdrowie jest obowiązkiem tak dalece, iż rozciąga się na nieuleczalnych, nakazując pielęgnować ich starannie aż do ostatniej chwili. Zwolennicy etyki sztucznej areligijnej (tzw., autonomicznej) mają to za złe chrześcijańskiej miłości bliźniego, że utrzymuje przy życiu trędowatych, paralityków itp. Zarzucają nam, że niepotrzebnie przedłużamy im cierpienia i dostarczamy ochrony nieszczęściu ludzkiemu. Jak dotychczas przeciw pielęgnowaniu nieuleczalnych oświadczyły się tylko rządy bolszewickie i hitlerowskie. Słyszało się na każdym kroku zasadę wojsk niemieckich, wypowiedzianą tonem największej przechwałki, jako w Niemczech i pod rządami niemieckimi w ogóle nie ma chorych, chyba tylko chwilowo; w zasadzie są tylko zdrowi i…umarli. Jest to oczywiście przekroczenie piątego przykazania.

 

Ten sam zarzut tyczy się niedostatecznej pieczy o chorych. Jak wiadomo oficjalne „ubezpieczenie społeczne” (populanie zwane dokuczalniami) szwankują wielce pod tym względem i nie spisałoby się na wołowej skórze zarzutów, jakie wysuwają ubezpieczeni, a wysuwają bez końca i bez skutku. Instytucje te nabrały w Polsce cech kiepskich urzędów socjalistycznych, urządzonych arcybiurokratycznie. Wszelkiego rodzaju ubezpieczenie należy zasadniczo popierać, a przymus ubezpieczenia jest całkiem słuszny; lecz niesłusznym jest robienie z tego monopolu. Niechaj społeczeństwu będzie wolno tworzyć ubezpieczalnie stosownie do potrzeb społecznych i niechaj się każdy ubezpiecza, gdzie mu się podoba.

 

Szpitalnictwo niedomaga ilościowo i jakościowo. Ile razy zabraknie w publicznym szpitalu łóżka, a w aptece szpitalnej środka leczniczego (bo zbyt drogi), tyle razy popełnia się przestępstwo piątemu przykazaniu.

 

Pomiędzy przysporzeniem zdrowia a wzrostem zalet społecznych zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Osadźmy w okolicy zacofanej sumiennego lekarza, przystępnego dla wszystkich; gdy stan zdrowia ludności poprawi się dwukrotnie, wydajność jej pracy i pozytywne zajęcie się życiem zbiorowym rozwiną się w czwórnasób. Zorganizowanie lecznictwa publicznego w całym kraju stanowi drugą po służbie bezpieczeństwa naglącą potrzebę.

 

Nie dosyć jest leczyć, trzeba zapobiegać chorobom. Np., higiena publiczna wymaga energicznej walki z malarią, a więc z komarami wszelkiego rodzaju. Dzięki zimnicy wyludniła się Azja Mniejsza trzy razy w czasach historycznych, a znaczna część ziemi zamknięta jest wciąż dla osadnictwa; nie ma zaś ani w Europie kraju, w którym jakaś okolica nie stanowiłaby ogniska zarazy. Przez długi czas tylko władze Stanów Zjednoczonych spełniały swój obowiązek; w Europie naśladował ten dobry przykład sam tylko Mussolini (suum cuique).

 

Nie trudno wskazać cały szereg podobnych obowiązków, żeby tępić szkodniki rozmaitego rodzaju na wsi i w mieście.

 

Najgorsze z chorób są nerwowe, a Polska ma ich u siebie najwięcej. Władze zachowują się, jakby nie wiedziały o tym, że zdrowe nerwy stanowią wartość sprawności życiowej tego i następnego pokolenia. Albowiem dzieci neurasteników bywają niezdarni. Władze np., udzielają przywilejom handlarzom odbiorników radiowych na wyprawianie hałasów przez cały dzień. Uznaje się też w Polsce nieograniczone prawo psiej swawoli. Jak Polska długa i szeroka, psy ujadają bez ustanku i obszczekują (nawet w Warszawie) każdego przechodnia. Sławne komisje do zwalczania hałasów miejskich zajmowały się tylko klaksonami automobilów.

 

Jako antidotum na neurastenię, propagują władze sport. Owszem!, w ten sposób zwiększa się prawdopodobieństwo, że będzie „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Lecz przesadzono! Sportu tyle, że młodzież niemal nie ma już czasu uczyć się i robi się w zdrowym ciele niezupełnie zdrowy duch.

 

Jakżeż niekompetentne byłyby te roztrząsania, gdyby uwzględnić tylko zabijanie ciała! Przykazania zakazuje tym bardziej zabijać bliźniego na duchu.

 

Zbrodniczymi wręcz są wszelkie urządzenia państwowe, które przyczyniają się do zabijania charakterów czy talentów. Nad wszelką państwowością unosi się piąte przykazanie, wołając: Nie wytwarzaj służalstwa, pochlebstwa, nie zachęcaj do kariery w zakłamaniu, bo zabijasz ducha, gdy popierasz fałsz i fałszywców. Przykład idzie z góry. Gdzie przez dwa tylko pokolenia wiedzie do wyższych stanowisk niższość charakteru, w kraju takim ogół wyzbędzie się charakteru, tam ludzie z charakterem staną się przedmiotem pośmiewiska, jakoby skądś zabłąkane cudaki. Spodleje społeczeństwo, które nie potrafi strząsnąć z siebie rządów niemoralnych.

 

Jak dalece metoda rządów może wpłynąć na chrakter ludności, mieliśmy do niedawna przykład we Włoszech. Z kondotierstwa wpadło się z czasem w bandytyzm, który jeszcze za moich czasów zorganizowany był na Sycylii, jakby państwo w państwie. Rząd amoralny stanowi truciznę dla narodu, tak dla społeczeństwa, jako też dla państwa. Niemożebnym jest, żeby nie umniejszał mu zalet, a nie przysparzał wad. Jeżeli takie rządy trwają czas dłuższy, czekają naród losy opłakane.

 

Gdy wady wezmą górę nad stłumionymi, ubitymi zaletami, musi się wszystko popsuć, bo z wad cóż da się wytworzyć? Społeczeństwa dziczeją, państwa tracą siłę, naród cofa się w rozwoju, wreszcie poczucie narodowe przestaje działać.

 

Złe rządy są jak zabójce.

 

6. Nie cudzołóż

 

Dzięki mieszankom cywilizacyjnym w Europie dziwaczne poglądy na małżeństwo. Zapominano zgoła, że małżeństwo ślubne jest sprawą publiczną, a tylko konkubinat prywatną. Wywrócono rzecz całą na odwrót i określono, jako małżeństwo stanowi sprawę prywatną, równocześnie narastało gorące zamiłowanie do „publikowania” konkubinatów, wcale ich zresztą nie ganiąc. Tu i ówdzie, w kątach Europy, zaczęło się nałożnictwo wyrabiać, jakby na jakąś instytucję prawa…publicznego, a państwo przyglądało się temu z życzliwą neutralnością. Związki nieślubne zawsze istniały i nie ma na to rady; ale niechże siedzą cicho, niech się nie pchają naprzód. Chyba nie przesadne wymaganie.

 

Pojęcia o prawie małżeńskim są u nas pod względem cywilizacyjnym pstrokate. Bierze się coś niecoś z katolickiego prawa kanonicznego (najchętniej samą ceremonię) domiesza się przynajmniej drugie tyleż z żydowskiego prawa małżeńskiego, trzecią część dosypie się z bizantyńskiego, a czwartą według poglądów turańskich. Wielu wybitnym w państwowości osobom trudno było zdecydować się, po jakiemu mają być ożenieni. Jest to zamiłowanie do niewyraźności, żeby się ubezpieczyć (nieraz wielostronnie) co do zmiany „podwiki”

 

Cywilizacja łacińska wymaga monogamii dożywotniej, a to jest właśnie nienawistne wszystkim osobom acywilizowanym, których liczba wzrastała w ostatnim pokoleniu w sposób przeraźliwy.

 

Całe nasze prawo małżeńskie mogłoby się doskonale składać z jednego tylko paragrafu.

 

„Państwo polskie uznaje i przyjmuje postanowienia kanonicznego prawa małżeńskiego co do katolików, tudzież poglądy tego prawa co do małżeństw innowierców.”

 

Innowiercy nie straciliby na tym, gdyż Kościół trzyma się przepisów danego wyznania w osądzaniu prawości związku małżeńskiego osoby innowierczej. U neofity uznaje Kościół ten związek, jaki w dni jego chrztu był ważnym według wyznania poprzedniego. Jeżeli zachodzą wątpliwości, Kościół trzyma się zasady nierozerwalności małżeństwa także innowierczego. Toteż protestanci lub prawosławni nie przechodzą nigdy na katolicyzm celem zmiany żony, bo z katolicyzmem nie da sie tego urządzać. Neofita musi przed „rewokacją”uzyskać rozwód w swym poprzednim wyznaniu; a skoro go uzyska nie potrzeba mu zmiana wyznania dla względów płciowych; jeżeli zaś nie uzyska, Kościół będzie go uważać za związanego tym innowierczym małżeństwem aż do końca życia; a więc utraci prawo rozwodowe, które przysługuje mu w protestantyzmie lub w prawosławiu. Co do Żydów, istnieje tzw., „privilegium paulinum”, mocą którego nie tracą prawa do rozwodu.

 

Kościół bezwarunkowo nie dopuszcza do profanacji religii chęcią zmiany żony.

 

Nie można zakazywać zmiany wyznania w nowo przyjętym wyznaniu (udzielającym rozwodów). Prawdopodobnie dałoby się to osiągnąć zgodnymi a dobrowolnymi postanowieniami samych że wyznać rozwodowych. Czyż nie uwłaczają im tacy „nawróceni”? Gdyby się zaś okazać miało, że chodzi tylko o dochody z rozwodów, państwo ma prawo, a raczej obowiązek, stłumić handel tak haniebny.

 

Wszyscy rozwodnicy, zmieniający wyznanie dla zmiany kobiety, porzucają tym samym cywilizajcję łacińską, ponieważ w tej cywilizacji nie można w żaden sposób mieć drugiej żony za życia pierwszej. Polsce zaś nie można być pożytecznym poza cywilizacją łacińską; nie powinno się przeto osobom takim powierzać funkcji publicznych.

 

Kwestie szóstego przykazania związane są wielce ze sprawą dobrobytu, albowiem przestałoby się plenić niejedno zło społeczne i wróciłoby do równowagi wiele stosunków, gdyby mężczyźni mogli się żenić młodo. Kobieta na ogół w zasadzie nie powinna zarabiać poza domem.

 

Weszlibyśmy tu w zagadnienie jak najciekawsze i niezmiernej wagi, lecz nie wykraczajmy poza progi dekalogu. Uwzględnić zaś należy, że rozszerzone możliwości zarobków niewieścich przydają kobiecie niezawisłości także moralnej. Z reguły każda niemal zarabiająca poza domem uważa to jednak za wykolejenie i wolałaby wyjść za mąż, choćby średnio dobrze. Lata zarobkowe pozadomowe nie powinny trwać długo, mając służyć tylko do tego, żeby niewiasta młoda nie musiała wyjść za mąż jakkolwiek, żeby miała czas dobrać sobie męża według swej skłonności.

 

Gdyby zarobki niewieście dały się uregulować w tej myśli, przyczyniłyby się nadzwyczaj do podniesienia godności małżeństwa, a stadła niedobrane zdarzałyby się tylko wyjątkowo.

 

Są to jednak marzenia próżne, dopóki każdy 28-letni mężczyzna nie będzie mógł ustalić się i być pewnym, że przy rządności nie zabraknie mu nigdy środków na utrzymanie rodziny.

 

Nie można powoływać się na przykład Żydów, u których małżeństwo jest obowiązkiem; wśród prawowiernych Żydów nie ma bezżennych, a więc ani niezamężnych. Niczego się od nich nie nauczymy, bo u nich kobieta „nie ma duszy” i tym poglądem wiele się u nich tłumaczy.

 

Przejdźmy do jeszcze jednej kwestii.

 

Ubolewają wszyscy porządni ludzie nad rozpanoszeniem się pornografii. Wina tkwi w europejskich kodeksach karnych, które wyznaczają za te przestępstwa kary tak nieznaczne, iż doprawdy ustawodawstwa nasze (owoc mieszanki cywilizacyjnej) wyglądają jakby na protektora tej nikczemności. Należy zapytać się ostro: jak długo jeszcze państwo będzie tak wyraźnie antymoralnym?

 

Wiadome też są zakręty od sztuki do pornografii i wynikająca stąd groźba degeneracji. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że degenerację sztuki i wszystkich dziedzin życia i nawet upadek danej cywilizacji sprowadzają objawy pochodzące z innych cywilizacji, gdy im się udzieli niepotrzebnie indygenatu. Strzeżmy się mieszanek cywilizacyjnych, a pornografia straci na pewno rozmach. Tacy, którzy się będą trzymać mocno cywilizacji łacińskiej, nie będą pobłażliwi dla interesów pornograficznych.

 

Jedna też tylko powinna istnieć cenzura: przeciwko pornografii. Byłby huczek w imię „sztuczki”, lecz ani jeden wielki malarz nie poczułby się zagrożonym w swej twórczości. Nie chodzi wcale o „akty”. Pornografia może zresztą być kompletnie ubrana.

  

7. Nie kradnij

 

Ponieważ „filozofowie prawa” nauczają, że państwo jest wszechmocne, nieomylne, a wyższe ponad wszelką moralność tak dalece, iż moralnym jest wszystko cokolwiek ono obmyśli i nakaże – więc też nikomu z urzeczonych tą filozofią nie przejdzie przez myśl, jakoby państwo mogło być złodziejem, oszustem, rabusiem.

 

Jeżeli zarządzi coś takiego, co uchodzi może za przestępstwo (a choćby za najcięższą zbrodnię) wobec etyki, toć tylko w życiu prywatnym, albowiem moralność może tyczyć się tylko prywatnego. To samo, całkiem to samo przestaje być niemoralnym, gdy dotyczy życia publicznego, gdy wychodzi od państwa, gdyż wszystko staje się w jednej chwili moralnym, gdy się dzieje pod firmą państwa.

 

Tak cudotwórcze państwo kręci myślą obywateli, posiadając władzę umoralniania wszystkiego. Cokolwiek państwo obmyśli, to wszystko jest dobrym i moralnym.

 

Cóż jest tedy moralnym w życiu publicznym? To, co państwo każe i tylko to. Chcąc wiedzieć, co jest dobrym, należy zapytać ministra. Jeżeli zaś minister się zmieni, dobro również; mogłoby się nawet zdarzyć, że na wręcz przeciwnie. Oto jest nauka o państwie, dziś obowiązująca.

 

Wolno więc państwu dokonywać zmiany waluty w taki sposób, żeby obedrzeć obywateli ze znacznej części majątku; wolno redukować oszczędności, poskładane w rozmaitych kasach publicznych; wkroczyć pomiędzy wierzyciela a dłużnika w taki sposób, żeby dłużnik znalazł w prawie pisanym upoważnienie do okradzenia wierzyciela; wolno by nawet skasować całkiem hipoteki (chętki nie brak); godzi się wydawać ustawy mieszczące w sobie wolne żarty z własności prywatnej; wolno rządowi rzucić hasło do unieważnienia umów, a w pewnych okolicznościach nadawać pewnym osobom prawo szafowania cudzą własnością (np., w ustawie lokatorskiej) itd, itd. Słowem: wolno wszystko.

 

Jeżeli „ius altum” państwa nad własnością prywatną doprowadzi do niegodziwości, wypadnie samo to prawo zakwestionować.

 

Po pierwszej wojnie powszechnej nastały we wschodniej Europie wyścigi „reform agrarnych”, które państwo zniszczy dokładniej właściciela ziemskiego. W Polsce nie doszło do grabieży bez odszkodowania, a nonsens „reformy” okazał się wkrótce w całej nagości. Nasza ustawa zabrnęła płyciej od innych w VII przykazanie, lecz zabrnęła. Stefczyk chciał ograniczyć sprawę do majątków państwowych. Grabież? Wszakże nie dla państwa zabierało się te grunty, lecz dla małorolnych i bezrolnych. Odpowiadam: O miłosierdzie opryszkowskie!!! Grabić jednemu, żeby dać drugiemu? Wykazało się potem, że wystarczyłaby parcelacja dobrowolna, gdyby ją przeprowadzili ludzie znający się na rzeczy, i kierujący się znawstwem, a nie doktrynerzy apriorystyczni. O tzw., reformie rolnej, przeprowadzonej za okupacji moskiewskiej, nie trzeba się wcale rozwodzić; każde dziecko wie (choćby dziecko chłopskie), że to jest ciężki grzech przeciwko siódmemu przykazaniu.

 

 Z własnością nieruchomą po miastach postępuje się w taki sposób, jak gdyby umyślnie dążono do tego, żeby obmierzić posiadnie domu każdemu porządnemu i spokojnemu człowiekowi, a zrobić z tego monopol spekulantów, którym wszystko obojętne, byle spekulacja szła. Jak gdyby małpowano metody z ostatnich czasów caratu! W Warszawie wiele osób wolało wówczas dać pieniądze spekulantom, niż samemu dom nabyć i narazić się na stosunki z władzami.

 

Sam rząd podkopuje pojęcie własności, gdy np., ogłasza że nie przyjmuje odpowiedzialności za całość przesyłek kolejowych lub pocztowych.

 

Według cywilizacji łacińskiej są to same zbrodnie, a państwowość wiodąca do nich musi być zmieniona, bo inaczej samo państwo zginie. My, chcący etyki totalnej, twierdzimy, że państwo może doskonale się obejść bez popełniania nieuczciwości. Kto tego nie potrafi, jest niezdatny do rządów; gorzej jeszcze, jest szkodnikiem w państwie.

 

Wspólnikiem wszelkiej nieprawości jest przesadny fiskalizm, z podatkami opartymi na systemie nie bierczym, lecz zdzierczym.

 

Po niedługim czasie następuje pognębienie ludzi prawych; ci idą w dół, a powodzi się coraz lepiej ludziom mniej czułym na moralność. A co za blumizm za kulisami spraw podatkowych!

 

Zamożność społeczeństwa rezerwą skarbu publicznego, a nie przeciwnie. System podatków, obmyślony przez nieuków, wyradza się łatwo w antyspołeczny.

 

Utrudniając dochodzenie do zamożności, staje się narzędziem złodziejskim. Któż kogo okrada? Państwo samo siebie! W gospodarce antyspołecznej trzeba podatków coraz wyższych, a coraz uciążliwszych; z coraz większymi zaległościami, a więc i ze skarbem coraz pustszym. Zdzierstwo podatkowe osłabia siłę podatkową; stanowi przeto nonsens. Stanowi wskazówkę niewątpliwą, że rządy znalazły się w ręku osób niewłaściwych i dla państwa niebezpiecznych.

 

Jakież oszustwo jest najgorsze. Jeżeli ktoś podejmuje się roboty, na której się nie zna.

 

Bardzo niedokładne jest we współczesnej nauce skarbowej pojęcie okradania skarbu. Ograniczone jest niemal wyłącznie do podatników, którzy w sposób oszukańczy wykręcają się od iszczenia podatków w przepisanej wysokości. Ten dział skarbowości obrobiony jest gruntownie; nie sposób wykazać w nim, jakichkolwiek braków. Są usterki w zachowaniu się względem takich podatników, ale to są już szczegóły. Zwróćmy tylko uwagę na jedną anomalię: ściga się bez litości takich, którzy płacą opieszale, ale nie tych, którzy całkiem nie płacą, czeka po pewnym czasie amnestia podatkowa.

 

Skarb może być okradany także z drugiej strony, przez tych, którzy nim zawiadują. W tej dziedzinie panują pojęcia wręcz prymitywne. Ogranicza się to do prostackiego wsunięcia ręki po grosz publiczny, do defraudacji. Trzeba to pojęcie uzupełnić, pogłębić; trzeba powiedzieć raz wreszcie, że wszelkie działanie na szkodę skarbu jest okradaniem go.

 

Błąd polega na tym, że stosuje się do skarbu publicznego prawidła kieski prywatnej. Prywatna kradzież może być popełniana tylko przez kogoś z zewnątrz przez przywłaszczenie sobie cudzego grosza. Prywatny właściciel nie może okraść samego siebie; wolno mu bowiem robić z własnymi pieniędzmi co mu się podoba, wolno je nawet marnotrawić. Samo zaś pojęcie marnotrawstwa prywatnego musi być łagodne, pobłażliwe. Każdy z nas ma swoje wydatki zbędne. Wszyscy a wszyscy od wyrobnika do jaśniepana, wydajemy część dochodów na rzeczy, bez których moglibyśmy się obejść; a co najciekawsze, że wszyscy robimy to procentowo jednakowo (podobno 18%). Dopiero te „zbędności”nadają życiu cechę bytu cywilizowanego na wyższym poziomie; są to więc wydatki chwalebne. One umożliwiają rozwój rzemiosł szlachetnijeszych i dostarczają środków kultury duchowej; są to tzw., wydatki kulturalne, które w miarę powiększania się dobrobytu przestają być zbędnymi, przechodzą w budżecie prywatnym do rzędu niezbędnych, a w owe 18% wchodzą wydatki nowe, coraz nowsze, o jakich przedtem nie śmiano by nawet myśleć w rządnym gospodarstwie. Na dorobku twardym z początku nawet gazeta może być wydatkiem zbędnym, a gdy się dorobią, staną się niezbędnymi teatr i kupno książki; w dalszej zaś perspektywie coraz obszerniejsze mieszkanie itd., jak kto chce i co kto woli.

Takimi wydatkami mierzy się zasobność materialna społeczeństwa. Marnotrawstwo prywatne zaczyna się dopiero powyżej owej cząstki budżetowej.

 

Inaczej w budżecie państwowym. W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej opłacają osobnego urzędnika, żeby śledził w budżecie za wydatkami zbędnymi. Ale też tam zwraca się część podatnikom wpłacanych przez nich pieniędzy, jeżeli wpływy podatkowe przekroczyły kwotę potrzebną na pokrycie wydatków państwowych. W Europie nikt o czymś podobnym nie słyszał i zapewne roszczenia nasze nie podniosą się aż tak wysoko; lecz trzeba by sobie przyswoić ochotę do skreślania wydatków zbędnych.

  

Takich wydatków w budżecie państwowym nie powinno być całkiem. Obciążanie nimi skarbu należy uważać za okradanie go. To pojęcie musi nabrać większej surowości. Szafuje się „uroczystościami” i „reprezentacją” bez zastanowienia. Od wydatków zbędnych roi się budżet, a skutek taki, że brak pieniędzy na niezbędne. Posłowie głosują nawet za wydatkami komicznymi (np., „bankiet reprezentacyjny”). W każdym klubie poselskim powinien być cenzor na takie sprawy, żeby skarb nie był okradany marnotrawstwem. Państwowy budżet całkiem co innego; nie wolno ani grosza wydać bez potrzeby.

 

Obraza siódmego przykazania dotyka polityki od czasów starożytnych. Dziwić się trzeba, że żadna historia kościelna nie zawiera pouczenia, jak Kościół próbował w wiekach średnich walki z tą zmorą, jak ją prowadził radykalnie i dlaczego jej zaprzestał. Za naszych czasów kwitnie polityczny handel krajami i narodami, a ogół tak się już do tego przyzwyczaił, iż ta najgorsza z niegodziwości wydaje się mu czymś całkiem prostym i naturalnym.

 

 Wymyślono przerozmaite „tytuły prawne” mające usprawiedliwić polityczne międzynarodowe kradzieże i rabunki. W ostatnim pokoleniu przybył nowy, a bardzo niewymyślny, dziwnie prostacki. Państwo A, silniejsze, oświadcza państwu B, słabszemu militarnie, czy dyplomatycznie, że potrzebuje pewnych jego prowincji granicznych, a więc zabiera je. Dosłownie tak: „potrzebuje!!”. Potrzebuje ze względów komunikacyjnych, handlowych, przemysłowych, strategicznych itp. Według dziesięciorga przykazań, jeżeli ktoś potrzebuje czegoś z rzeczy sąsiada, musi prosić, żeby mu jej pożyczono, użyczono, wygodzono itp., lecz według najnowszego kodeksu politycznego, to niepotrzebne zachody, gdyż wolno tę rzecz gwałtem zabrać. Jest to ze stanowiska cywilizacji łacińskiej prostacki rozbój, kradzież pospolita. Każdy złodziej mógłby się usprawiedliwić, wywodząc, że przedmiot skradziony był mu potrzebny. Nam zaś Polakom, podwójnie jest przykro, że taką „normę” polityczną lubią głosić nasi pobratymcy, Czesi.

 

My zaś sami popadamy w ohydę innego rodzaju. Wiadomo, że nie wolno dysponować rzeczą cudzą bez zgody właściciela. A zatem nie można zrzekać się cudzej własności. Czyż to nie absurd prawniczy? Jeżeli tedy państwo jakieś grabi słabszego sąsiada i żąda od pozostałego ograbionego państwa uznania tej grabieży (żeby była legalną!) na co obmyślono formę zrzeczenia się – natenczas zrzekać mogą się tylko ci, którzy byli właścicielami owej prowincji: którzy posiadali tam własność nieruchomą. Jeżeli mieszkańcy innych prowincji „zrzekają się” za nich, stanowi to uczestnictwo w kradzieży i rabunku.

 

Państwo wywłaszczające nie popełnia kradzieży wtenczas tylko, jeżeli posiada upoważnienie od osób zainteresowanych (tego samego stanu, zajęcia, w tych samych okolicznościach, w tym samym położeniu geograficznym) jak np., co do gruntów pod budowę kolei żelaznej. Cokolwiek wyrasta ponad to, jest rabunkiem; a kto go uprawia, niechaj ma odwagę nazwać rzecz po imieniu i niech woła w cały głos: W polityce wolno być złodziejem i ja nim jestem!!!.

  

8. Nie mów przeciwko bliźniemu twemu fałszywego świadectwa.

 

Katechizm rozszerza to przykazanie na mówienie nieprawdy w ogóle, uważając kłamstwo zasadniczo za grzech.

 

Licha państwowość może nie tylko wywrócić wszelką sprawiedliwość i prawdę, lecz może sama szerzyć kłamstwo i to z całą świadomością. Obywatelowi więc musi być wolno odezwać się w głos i dochodzić samemu prawdy na własną rękę, gdy u góry kłamią.

 

Gdziekolwiek celem rządu jest tylko utrzymać się przy rządach, państwowość staje się kłamliwą. Gdy filarem rządu staje się policja tajna, nastaje urodzaj donosicieli i fałszywe donosy, fabrykowane często przez samą policję (tak było od dawna w Rosji). Gdy rządzącym brak związku z ideałami społeczeństwa, tym bardziej pławią się w donosach i szpieguje się bez końca, i tym bardziej ludzie porządni obawiają się policji. A kiedy się raz wprowadzi kłamstwo, jako podstawę urządzeń państwowych, musi się rząd poddać pod kuratelę kłamców najsprytniejszych. Rząd, któremu się nie daje wiary, stanowi nie tylko przekleństwo dla państwa, lecz jest zarazem straszliwym demoralizatorem społeczeństwa.

 

 Wielką maszyną kłamstwa jest cenzura polityczna. Stanowi ona najcięższe przewinienie przeciwko pomyślności wielkich zrzeszeń, gdyż pierwszym warunkiem ich rozwoju jest swobodne rozstrząsanie spraw publicznych. Cenzura polityczna jest zbrodnią przeciw państwu.

 

Jako specjalna maszyna kłamstwa, usuwa cenzura polityczna dzień po dniu od publicystyki pisarzy prawych, a wysuwa na ich miejsce pióra sprzedajne. Można też mieć wątpliwości, czy potrzebna jest państwu prasa gadzinowa. Czy ona państwu służy, czy tylko osobom rządzicieli? Czy godzi się, żeby rządziciele urządzali regularne codzienne samochowalstwo swoich osób za pieniądze podatników?

 

Z pomocą ustaw prasowych można dojść do ogólnego zakłamania całego życia zbiorowego. W końcu musi się z tego wywiązać paraliż ducha.

 

Nie rozumiałem nigdy potrzeby państwowej ustawy prasowej. Na kłamstwa w prasie i w ogóle na wszystkie możliwe jej przewinienia starczyłby jeden paragraf w kodeksie „Przestępstwa popełniane drukiem podlegają karze podwójnej”.

 

Drakoński taki przepis stanowiłby a contrario hołd złożony potędze prasy; byłby zaś wybornym środkiem ochronnym do strzeżenia jej czci i powagi. Prasa „rewolwerowa” nie wytrzymałaby nacisku tego paragrafu.

 

Czego więcej trzeba dla dobra prasy, do jej podniesienia intelektualnego i moralnej czystości, to zarządziłaby sobie prasa sama w swym oficjalnym stowarzyszeniu (o którym będzie mowa w rodziale VII).

 

W państwie nie kłamliwym obeszłoby się bez poufnych, a tajnych stosunków rządu z prasą. Czyż rządy nie demoralizują same prasy, używając jej do swoich spraw i sprawek?

 

Państwo może stać się kłamliwym wszędzie i we wszystkim: w szkole, w sądzie, w urzędzie i w wojsku. Każdy z czytelników sam z własnej obserwacji przypomni sobie przykładów tego aż za dużo.

 

Zakłamaniem jest wszelka sztuczność, wprowadzona w życie publiczne. Np., ażeby prace biurowe i w ogóle wszelkie zajęcia pozadomowe, związane z zegarem zaczynać z rana o godzinę wcześniej (co latem jest chwalebne), każe się zegary przesuwać o godzinę naprzód. Zamiast powiedzieć: pójdziesz do biura o godzinę siódmej rano, robi się godzinę 8-ma o godzinę wcześniej. Nonses charakterystyczny, istny symbol zakłamania.

 

Cała państwowość może opierać się na zakłamaniu; albowiem na zakłamaniu mogą polegać wszystkie funkcje rządowe i wszelkie stosunki urzędów głównych z ludnością. Takim było państwo Mikołajów, Napoleona III, Piłsudskiego i Hitlera. Takie państwa, to klęski społeczeństwa.

 

Państwa tego rodzaju nie mogłyby grasować pośród narodów cywilizacji łacińskiej, gdyby ogół nabrał przekonania o stosowalności dekalogu do polityki.

 

Zakazujące „fałszywego świadectwa” przykazanie ma swoją drugą stronę, tj., nakaz, żeby dawać świadectwo prawdzie. Potępione jest kłamstwo, a zatem zalecony jest kult prawdy.

 

Zalążkiem ideału prawdy jest prawdomówność. Pilęgnowana bywa, jako ideał wychowawczy, tylko w cywilizacji łacińskiej. W innych cywilizacjach, o ile się pojawia, nie sięga poza stosunki natury prywatnej. Jest ot prostą konsekwencją faktu, że tylko w cywilizacji łacińskiej życie publiczne podlega wymaganiom moralności również, jak prywatne.

 

Buddyjskie przykazanie prawdomówności obowiązuje tylko mnichów wyższych stopni obrządku żółtego (bezżennych). W bramińskiej cywilizacji kwestia ta pozostawioną jest dowolności każdego z osobna. U Żydów zachodzi obowiązek prawdomówności tylko względem współwyznawców. Odznaczają się natomiast prawdomównością wyznawcy islamu i to w obydwóch cywilizacjach w arabskiej i turańskiej (Turcy), lecz obejmuje to tylko osobiste stosunki pomiędzy ludźmi, mających z sobą bezpośrednio do czynienia. Brak odpowiedniej organizacji życia publicznego nie daje tam nawet sposobności do rozstrząsań na temat „państwo a prawda”.

 

Prawdomówność jest podstawą kultu prawdy, a szczytem instytucje życia publicznego, na prawdzie oparte i nie potrzebujące zakłamania, ani go wymagające.

Albowiem jak we wszystkim, podobnież i w tej kwestii podstawa i szczyt muszą być zawisłe wzajemnie od siebie i czyż ten stosunek zależności nie jest nieuchronnym? Sama możliwość szczytu zależy od istnienia stosownej podstawy, a trwałej. Gdy szczyt się wali, podstawa traci rację bytu i będzie jakby korzenie nie mogące zdobyć się na wydanie łodygi i same przy tym wysychające, czy raczej gnijące. Gdzie nie odczuwa się ideału Prawdy, tam podkopuje się prawdomówność życia powszedniego.

 

Prawdomówność nadaje trwałość więzi życia, przepająjąc poczuciem bezpieczeństwa i stałości. Następnie z miłości prawdy wypływa poczucie osobistej godności, prawość, szczerość, słowem te zalety, które stanowią o posiadaniu sumienia (jakież sumienie u kłamców!) Miłość prawdy wiedzie daleko i wysoko, bo do personalizmu. Od nabycia tej cechy wysuwa się dalej cały łańcuch cech cywilizacyjnych, którego ogniwem organizacja życia zbiorowego w organizmach a nie w mechanizmach. Organizacje zaś bywają obmyślane metodą aposterioryczną, przy dualizmie prawa i zachowaniu rozmaitości danej przez naturalną rzeczywistość życia i pielęgnuje się współmierność w rozmaitości, bo tylko w niej tkwi prawda życiowa.

 

W królestwie prawdy istnieje cała hierarchia, zależnie od zasięgu prawdy czy kłamstwa, a w związku z tym od wagi następstw. Pewne kłamstwa mogą być tylko uchybieniami, inne wręcz zbrodniami; wszystko zawisło od wielkości koła, zataczanego przez dany rodzaj prawdy czy nieprawdy. Poważniejsza staje się każda sprawa, gdy wchodzą w grę interesy osób trzecich. Cóż dopiero, gdy chodzi o interes publiczny? Inaczej traktujemy zeznania sądowe, niż rozmowę prywatną. Inną przykładamy miarę, gdy coś „padnie” przy stoliku polityków kawiarnianych, a zgoła inną, gdy to samo zostanie powtórzone z krzesła poselskiego. A cóż dopiero z ławy ministerialnej! Inny jest szczebel zła, gdy dopuści się czegoś złego policjant, a całkiem inny, gdy ten sam zły postępek pochwali minister.

 

W życiu publicznym najniebezpieczniejszym rodzajem kłamstwa bywa często prawda połowiczna, gdy się umyślnie część prawdy ukryje, przez co część ujawniona nabiera zgoła innej postaci, niezgodnej z rzeczywistością. Wielcy kłamcy, zamiłowani w kłamstwie grubym, zmyślili pogląd, jakoby mogło być kilka rodzajów prawdy.

 

Prawda jest taka sama w doli i niedoli, przed wojną i po wojnie, w dobie zwycięstw czy klęsk. Jeśli przeczy się temu systematycznie, jeżeli w powodzeniu materialnym weźmie górę sztuczne przyprawianie „prawdy” i jeżeli tym powodzeniem dadzą się olśnić umysły nie krytyczne, natenczas nie wytworzy się z tego bynajmniej jakaś prawda nowa, ale zapadnie w ogóle ideał Prawdy. Ludzie zwodzeni, okłamywani, karmieni kłamstwem, widząc jak kłamstwo tuczy – zwątpią we wszelką prawdę i uznają ją za przesąd stanowiący przeszkodę w życiu. Na kłamstwie robi się interesy, jeździ się na kłamstwie i kłamstwu stawia pomniki – aż wreszcie bije zgnilizna od takiej społeczności. Wtedy kwitną ujemne strony formalistyki prawniczej. „W społeczeństwie pełnym prawniczych zakamarków, w których nikt dobrze nie wie, co do czego należy i kto za co odpowiada, anonimowe ręce wykonują anonimowe zbrodnie.” Blumizm do potęgi!

 

Trzeba wyższego stopnia wykształcenia etycznego, żeby zrozumieć wyższe szczeble ideału prawdy, a cóż dopiero przejąć się nim; jeszcze zaś tym bardziej, by stać się skłonnym do poświęceń do miłości Prawdy. Pewne ostrowidztwo etyczne da się atoli wyrobić tylko na wyższych szczeblach rozwoju umysłowego. Kult prawdy stanowi koronę wykształcenia etycznego, której nie da się zdobyć bez wyższego wykształcenia intelektualnego. Tak dalece wiążą się obie duchowe kategorie bytu: Dobra z Prawdą.

 

Wiążą się też w praktyce. Najcięższe oszustwo, tj., podejmowanie rzeczy i spraw, na których się człowiek nie zna, staje się pospolitym tam, gdzie zakłamanie staje się rzeczą zwyczajną. W miarę rozwoju kłamliwego blumizmu tracą głos i wpływy znawczy przedmiotów. Znawstwo – toć część kultu prawdy!

  

Do wzmożenia prawdy przyczynia się nauka (odkrycia), a to doświadczenie nasuwa nam wniosek niezmiernie znamienny: zachodzi stosunek prosty pomiędzy stopniem prawdomówności, a stanem nauki w danym społeczeństwie, w państwie czy narodzie.

 

Jeżeli w obrębie cywilizacji łacińskiej zaniecha się kultu prawdy, musi nastąpić rozbicie społeczne, upadek narodu, bezsilność państwa na zewnątrz, a zobojętnienie obywatelskie na wewnątrz, albowiem poderwie się zasadniczo wielkie siły twórcze. Toteż upadek nauk bywa pierwszym mimowolnym zwiastunem zła.

 

Ideał prawdy jest cywilizacyjnie ściśle łacińskim i wiedzie poprzez szereg konsekwentnych pojęć do p ersonalizmu. Toteż poza cywilizacją łacińską nieznany jest żadnej innej.

 

9 i 10 – Nie pożądaj żony bliźniego twego: ani osła, ani wołu, ani żadnej rzeczy która jego jest.

 

Przykazanie dziewiąte wydaje się być pleonazmem szóstego, a dziesiąte siódmego. Jednakże nie jest to zupełnie to samo. Tamte teksty wytykają nam uczynek zły, tu zaś powraca się wprawdzie do tego samego tematu, lecz rozważa się go z innego stanowiska, co zaznaczono osadzonym na wstępie wykrzyknikiem: „Nie pożądaj!”

 

Chodzi tedy o grzechy popełnione myślą, o złe zamiary, o nieprawą intencję, bez względu na to, czy doszło do popełnienia przestępstwa, czy nie. Nie wolno pożądać. Ponieważ myśl wyprzedza uczynek, przykazanie zwraca się przeciwko samemu źródłu zła.

 

Ani w życiu zbiorowym niczego nie pożądaj. Dobrej sprawie służ bezinteresownie! Chuć władzy niechaj nikogo nie mami.

 

Zatrzymajmy się jednak tym razem przy stosunkach życia prywatnego. Zbój, rabuś, złodziej (od rzezimieszka do defraudanta) wpierw doznają pożądliwości, nim rękę do zła wysuną. Lecz z czegóż powstaje pożądliwość, jeżeli nie z zawiści? Najpospolitsza to niestety, pleśń na charakterach ludzkich, a tym pospolitsza, im więcej gdzie ludzi niezadowolonych, im więcej gdzie ubóstwa. Przykro wspominać tę niecnotę w kraju najuboższym z całej Europy…

 

Bliższe rostrząsanie kwestii zawiodłoby nas daleko, bo aż do rozważań o defektach w strukturze społeczenej. Doprawdy! Dwa ostatnie przykazania jednym tym słowem: nie pożądaj!, nawodzą na tematy tak rozległe, iż mogłoby z tej interpretacji powstać całe dzieło.

 

Starajmyż się zmniejszyć powierzchnię tarcia, z której rodzi się zwiść i ta niemądra pożądliwość wszystkiego, co tylko widzi się dookoła, gdy każdy każdemu czegoś zazdrości. W tym zdaje się tkwić główna przyczyna, dlaczego tak ciężko organizować życie zbiorowe i że jesteśmy jakby ziarnami lotego piasku, który wiatr poniesie, a nigdy nie wiadomo jaki wiatr.

 

Smutno myśleć o tym. Z tym większą energią trzeba pracować około państwa obmyślanego w cywilizacji łacińskiej i etyce katolickiej. Państwowość, zabagniona w toni zła, pogrążała mieszkańców tym bardziej złu. Jeżeli ją poprawimy, zwiększy się tym samym prawdopodobieństwo, że poprawa charakterów będzie ułatwioną. Nie zrażajmy się, że długa to droga: sprawy naprawdę wielkie wymagają trudu całych pokoleń. Nie zrobimy wszystkiego; chodzi o to, żeby następcom naszym bliżej było do celu, niż nam. Uprzątnijmy im trochę gościńca.

 

Zawistnymi i zazdrosnymi bywają z reguły tylko liche charaktery, lecz charaktery psują się, gdy życie nie wytwarza antidotum przeciwko zawiści. Jest nim zbożna radość życia, możliwość zadowolenia. Gdzie o to trudno, powstaje błędne koło i z ludzi najbardziej prawych robi życie po pewnym czasie zawistników, zazdrośników.

 

Wychowanie młodzieży niechaj zmierza do tego, żeby w każdym wzbudzać jakieś zamiłowanie, przywiązanie do zawodu, ambicję w doskonaleniu swych zajęć; żeby każdy coś w życiu polubił. Równocześnie atoli dbać musimy o to, żeby każdy mógł pielęgnować tę cząstkę życia, którą polubił. W miarę, jak będzie się zbliżać do tego celu, będzie ubywać niezadowolonych malkontentów, a zatem zmniejszy się panowanie zawiści i zazdrości.

 

Wtenczas dopiero, gdy człowiek prawy, rządny i zapobiegliwy nie będzie doznawać przeszkód od państwowości, gdy złe ustawodawstwo nie zmarnuje mu życia i nie wykolei go skutkiem tego duchowo – wtenczas dopiero da się skutecznie wyrwać ze społeczeństwa chwasty zawiści i zazdrości, a tym samym zmniejszać napięcie i rozmary pożądliwości.

 

Tu poprawa moralności prywatnej musi się zacząć od publicznej. Z góry działa przykład, dobry lub zły. Trudno się dziwić pożądliwości drobnego człowieka z tłumu, jeżeli ogląda ją jak na wielką skalę u swoich rządzicieli.

 

Istnieją całe systemy państwowe i społeczne oparte na pożądliwości. Hitleryzm nie jest mniej pożądliwym od judaizmu; jednako pożąda panowania nad całym światem dla „swoich”. Socjalizm i jego wykwit: bolszewizm upatrują w pożądliwości największą siłę organizacyjną.

 

Walka z tym wszystkim nakazana jest przez dekalog.

 

Wyniki

 

Przebiegliśmy dziesięcioro przykazań króciutko, sumarycznie, bo chodziło tylko o to, żeby dobrać garść przykładów, wykazujących, że wcale nie brak związków pomiędzy dekalogiem a polityką, że w życiu publicznym dziesięcioro przykazań Boskich da się stosować i twierdząco i przecząco; że się je przekracza wprawdzie na każdym kroku, lecz że to bynajmniej nie jest koniecznością, że przystosowanie życia publicznego do dekalogu jest możliwe i że byłoby właśnie nader korzystnym dla naszych wielkich zrzeszeń, dla społeczeństwa, państwa i narodu.

 

Wykazaliśmy aposteriorycznie, że dekalog może służyć za miernik życia publicznego.

 

Skoro tak się rzeczy mają, można wcielać do swego programu przestrzeganie dekalogu, czyli innymi słowy: z etyk można wykuć postulat polityczny. Wymaga tego cywilizacja łacińska, inaczej skazana jest na ruinę.

 

Zrobiłem próbę, czy zachodzi stosowalność między dekalogiem a życiem publicznym. A więc da się z dekalogu wydobyć mierniki dla spraw publicznych! Punktów stycznych nawet w tym krótkim szkicu niemało.

 

Przebiegliśmy wprawdzie dekalog tylko „po łebkach”. Może kto napisze na ten temat książkę godną tematu? Ja muszę poprzestać na inicjatywie; ubić drogę, umurować, zatoczyć szeroko i rozwinąć daleko muszą moi następcy.

 

Zakończmy ten rozdział słowami Stefczyka: „to są złomy i kry rozsadzonej powłoki życia społecznego, które pod tą powłoką wezbrało i płynie coraz pełniejszym i silniejszym prądem. One utworzyły dziś niejako zator spiętrzony i powstrzymujący dalszy bieg życiowego prądu. Chciałbym abyśmy wszyscy, którzy rozumiemy swój obowiązek i pragniemy go spełnić pobiegli czym prędzej rozsadzić ten zator i zrobić drogę prądowi życia, iż by z brzegów nie wyszło.”

licznik: 1231 + 0 / 0 - promuj
captcha
x

Zgłoszenie komentarza

dodaj komentarz

x
komentarzy: 0 kolejność: wg punktacji najstarsze najnowsze